kim jestem

Nie potrafiłabym wybrać ukochanej książki. Zawsze czułabym się zdrajczynią. Mogłabym powiedzieć: "Dolina Muminków w listopadzie", ale serce by mi łkało, że nie "Do latarni morskiej" czy "Podróż w świat", jeśli zaś wybierałabym "Alicję w Krainie Czarów", czułabym żal, że przemilczałam "Starą Słaboniową i spiekładuchy" bądź "Miniaturzystkę". Nie miałabym odwagi spojrzeć na "Złotą czarę", gdybym powiedziała, że ważniejsze są dla mnie baśnie braci Grimm. A przecież ważne są ogromnie. Wszystkie na równi pod względem siły przywiązania, ładunku wspomnień i emocji, choć każda w innej kategorii mogłaby być TĄ JEDYNĄ. A może po porostu jeszcze jej nie znalazłam. Może wtedy bym wiedziała, że to właśnie ta, żadna inna?


Za mało czasu minęło odkąd pokochałam książki. Za wcześnie na podsumowania. A muszę Wam wyznać, skoro już jesteśmy przy dzieciństwie, że miałam w życiu niesamowite szczęście, szczęście, jakiego nie umiałabym sobie nawet wyśnić. Na mojej drodze stanął ktoś, dla kogo świat literatury i sztuki był jak dom. Ktoś, kto składał się nie z ciała a z mitów, legend i baśni. Ktoś, dzięki komu moje dzieciństwo wypełniło się topnikami, smętkami, kłobukami, zmorami, kikimorami i innymi stworami, które z upodobaniem psociły w mazurskich domach i lasach, grasowały w zaroślach i czaiły się w jeziorach. Dzięki niemu moje mały świat wypełniła magi i roziskrzyły się w nim marzenia.

Mieszkałam w małej wioseczce mazurskiej. Nasz dom nad bagnami otulały lasy. Dorastałam w muzeum, wśród głosów dawnego świata. Jeszcze nogami nie dosięgałam ziemi, siedząc na krześle w biurze muzealnym, a już moje palce błądziły po maszynie do pisania. Pamiętam, że w tych chwilach, które wiążą mnie z książkami czułam się ważna.

Czułam się ważna zapalając światła zwiedzającym i rozdając foldery muzealne. Czułam się ważna roznosząc wino na wernisażach i odbierając płaszcze od zacnych gości, prelegentów, historyków, pisarzy, którzy przekraczali próg Muzeum Ziemi Piskiej, by opowiedzieć zebranym o swojej twórczości czy odkryciach.

A później studia. Oczywiście polonistyka. Oczywiście w Olsztynie. Bo Olsztyn kocham miłością wybraną, odkąd po raz pierwszy odwiedziłam to miasto, odkąd jako dziewczynka mało rozgarnięta a rozmarzona stanęłam w Centrum Książki.

Trzy dni po obronieniu pracy magisterskiej na temat demonologii Warmii i Mazu w baśniach, podaniach i legendach dumna i nieprzytomna z ekscytacji rozpoczynałam pracę we wspomnianej księgarni. Na umowę-zlecenie w ramach zastępstwa. Na dwa tygodnie. Zostałam 5 lat. Krok po kroczku i od księgarza dodreptałam do kierownika Biura Komunikacji z Rynkiem. Zaczęłam organizować i prowadzić spotkania autorskie, poszłam na studia branżowe na Uniwersytecie Warszawskim, a później na kolejne w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania. Byłam zastępcą redaktora naczelnego "kulturki – olsztyńskiego medium kulturalnego". Prowadziłam rubrykę kulturalną w tygodniku Kurier Olsztyński. Zostałam recenzentem Magazynu Literackiego KSIĄŻKI. 
 
Później pracowałam w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Dziale Promocji, organizowałam spotkania autorskie, niektóre prowadziłam, razem z zespołem tworzyłam akcję Olsztyn czyta.

Wciąż gdzieś biegłam, za czymś goniłam. Bo trzeba sobie radzić, bo trzeba gdzieś mieszkać, jakoś spłacać kredyt, w coś się ubierać. Niby czułam się szczęśliwa, w końcu pracowałam wśród książek, ale te książki zasłaniane były marżą, promocjami, słupkami sprzedaży. No i stale marudziła we mnie ta mała dziewczynka, że przecież zawsze chciała snuć opowieści, a nie wymyślać reklamy. Opowieści nieśpieszne, o tym co ważne, niezwykłe bądź codzienne. Marudziła, że ten ktoś, ktoś, kogo nie ma już na tym świecie, choć mieszkać będzie zawsze w moim sercu, stale powtarzał, by szła swoją drogą, nawet jeśli pod wiatr i pamiętała, że te opowieści, które we niej mieszkają, to część mnie i należy się im szacunek. 
 
Postanowiłam więc dać jej szansę, zatrzymać się, złapać oddech, pozwolić się wyprzedzić, bo przecież nie o wygraną w wyścigu mi chodziło, a o uważność, spokój na co dzień, i o przestrzeń, ciszę, by słyszeć głos tej małej wyraźniej. Chciałam otoczyć ją opieką. Zrezygnowałam z pracy w dużej firmie księgarskiej i rozpoczęłam swoją przygodę z biblioteką. To właśnie w owej chwili przejścia narodził się Pełen Zlew. 

Niedawno znów zmieniłam pracę. Teraz zajmuję się nowymi technologiami, tworzeniem narzędzi dla księgarń internetowych i... pakowaniem książek na prezenty, bo pracuję w ForBooks, która prowadzi Pocztę Książkową. 

0 komentarzy:

Prześlij komentarz