o blogu słów kilka

Pełen Zlew to po prostu moje miejsce. Moje wspomnienie. Jestem tu sobie, czasem mnie tu nie ma. Nie mam harmonogramu postów ani pomysłu na całość przekazu. Zmienia się ze mną. Po prostu lubię myśl, że mam tu przestrzeń, gdzie mogę napisać, co mi się zamarzy. Co jakiś czas staję na rozstaju. Jak każdy. Wtedy się raczej chowam, niż szukam pociechy na zewnątrz. A Pełen Zlew jest dla mnie takim wewnętrznym światem na zewnątrz.

Kiedyś ta nota wyglądała tak:
Pełen zlew czyli o książkach, kotach i bałaganie... od pewnego czasu jeszcze o psie... W zasadzie o wszystkim. Kiedy zaczynałam prowadzenie Pełnego zlewu byłam tylko ja i Moje Mieszkanie. To był mój azyl. Tu stworzyłam sobie prywatny świat utkany z marzeń i myśli. 

Od tego czasu wiele się zmieniło. Najpierw zamieszkał ze mną czarny kocur, którego znalazłam na ulicy. Później przybłąkała się biała, niesłysząca kicia. Gdzieś po drodze pojawiali się kolejni bliscy mi ludzie, stali bywalcy, czasem mieszkańcy Mojego Mieszkania. Do drzwi zastukała Miłość i tym sposobem stado powiększyło się o głowę rodziny, czyli Damiana! A później zamieszkała z nami jeszcze Nefer - czarna sunia ze schroniska.

Pełen zlew zmienia się i wciąż wypełnia różnościami! Piszę o chaosie, w którym widzę porządek. Piszę o książkach, które czytam lub chciałabym przeczytać. O filmach, które widziałam, sztukach teatralnych, które oglądałam. Piszę o Olsztynie, mieście, które kocham miłością wybraną. I o tym, co w danej chwili dla mnie ważne. Po prostu piszę.

O naszym mieszkaniu przeczytacie też tu:
Gazeta Wyborcza | W kamienicy z małą wieżą

Dlaczego Pełen Zlew? 

Najpełniej chyba odda to pierwszy wpis na blogu... a brzmiał on tak:

Kubki, filiżanki, szklanki. Pełen zlew. Wspomnienia godzin i minut, prędkość, z jaką potrafię wlewać w siebie kawę o poranku (o ile w ogóle), wyrzut, że tak mało jem w postaci ledwie naruszonego talerza z odległego wieczoru. Milczący przytyk nieobecnych naczyń obiadowych. 

Nagła świadomość. Nie jestem, a bywam. I to też nieregularnie. Zadziwia fakt, że mieszkania nieużywane brudzą się bardziej. Jakby tęsknotę okazywały trudnym do usunięcia zapachem nie tyle zapuszczenia, co opuszczenia. A może to tylko złudzenie spotęgowane świadomością bezsensu działania, bo przecież w zasadzie czyste, w zasadzie nieużywane, w zasadzie - po co, a trzeba - chociaż przetrzeć, najlepiej umyć. 

Wracam więc. Od czasu do czasu. Choć ten zwrot uwiera we mnie. Za każdym razem wymiatam nie mój właściwe kurz spod łóżka i dziwię się, bo odkrywam, że moje Mieszkanie żyje samo pełnej niż ze mną. Składam je z urywków, łapanych w biegu smaków i zapachów... najpełniej dźwięków.

Powoli zacznę (póki co wciąż w moich myślach) tam mieszkać, aż w końcu poczuję, że jestem już tu.


0 komentarzy:

Prześlij komentarz