Lalkarz z Krakowa

„Dawno, dawno temu była sobie mała lalka o imieniu Karolina, która mieszkała w krainie położonej daleko, bardzo daleko od świata ludzi.“


A jednak pewnego dnia dobry wiatr Dogoda sprawi, że Karolina znajdzie się w Krakowie, w pracowni Lalkarza Cyryla Brzezika.

W Krainie Lalek, z której pochodzi Karolina, trwa wojna. Ale Karolina nie przybędzie do Krakowa, bo ucieka. Ona ze swojej krainy wyruszała, bo podjęła świadomą decyzję. Wyruszyła, by odnaleźć ratunek dla świata, który za sprawą okrutnych szczurów obraca się wniwecz. Wyruszyła, mimo strachu i wyczerpania.

I dla jasności, bo baśniowe przebranie może zwodzić na manowce, Karolina nie jest obdarzona jakąś szczególną mocą. Oczywiście, jak przystało na kogoś z Kraina Lalek, ba, jak przystało na ożywioną lalkę w świecie ludzi, Karolina musi mieć w sobie magię. I ma, oczywiście. Chodzi mi o to, że nie jest to superpotęga, o której można pomyśleć w pierwszym odruchu.


W swoim świecie Karolina była po prostu krawcową. Jej magia pozwalała wszywać w tworzone przez nią ubrania dobre życzenia dla tych, którzy mieli je nosić. Ale choć Karolina zawsze głęboko i szczerze wierzyła, że każde z tych życzeń się spełni dzięki jej mocy, nawet za dobrych czasów nie wszystkie się spełniały. Jak to w życiu bywa… 

Karolina ma za to inne moce. Jest dzielna, rezolutna, pracowita, prawa. Ma w sobie odwagę, mimo strachu. Ma w sobie czułość, mimo cierpienia. Ma w sobie umiejętność dostrzegania dobra, mimo mroku. 




Nim Karolina trafi do Krakowa u progu II Wojny Światowej, zazna już straty, bezsilności, niesprawiedliwości. Będzie już wiedziała, jak to jest zostać wypędzoną z własnego domu i pozbawioną wszystkiego, co do niej należało i w co wierzyła. Będzie już wiedziała, jak to jest stracić tych, którzy byli bliscy i być zupełnie samą, przerażoną pośród ciemnego lasu, bez nadziei na lepsze jutro. 

A jednak, gdy przybędzie do Krakowa, serce będzie miała ze szkła, choć w drewnianym ciele. 
W ciele, które stworzył dla niej nieświadomy swojej niezwykłej mocy Lalkarz, Cyryl Brzezik. Skromny i cichy. A jednak nieugięty. A jednak odważny. A jednak wrażliwy.  

Czy jego moc była rzeczywiście tak potężna, jak o niej sądzili ci, co go spotykali na swojej drodze, nie wiem. Moja teoria jest taka, że miał tyle mocy, ile wielu w czasie wojny, o których nie wiemy, a który mieli w sobie tę mądrość, odwagę i lojalność. Bo owszem, powieściowy Lalkarz, by czynić swoje cuda używa magii, ale czy cuda, które czynił bez jej pomocy nie były większe? Nie są odważniejsze? Przecież nie za sprawą magii obdarzył czystą, szczerą i niezachwianą przyjaźnią Józefa Trzmiela i jego córkę Renę. Nie przy pomocy magii zdobywał dla nich jedzenie i dawał im schronienie tak długo, jak tylko było to możliwe. Nie za sprawą magii był im wierny tak, jak wiernym się być powinno względem tych, którzy są w stosunku do nas uczciwi i życzliwi, i którzy niczym nam nie zawinili. 


Czy wyjątkowość Lalkarza z Krakowa rzeczywiście polegała na tym, że miał on w sobie magiczną moc, czy może jednak jego blask to iskry dobroci i odwagi, wzniecające płomień, przy którym można się było ogrzać pośród skutych obojętnością i nienawiścią serc? Płomień, który umiał rozjaśnić mroki czasu wojny i wskazać drogę tym, którzy szukali schronienia...  

Magia, o ile w ogóle z niej korzystał (a sam powtarzał, że nie jest w tym za dobry), wyczerpywała go. A może on wcale nią nie władał? Może on ją z siebie po prostu oddawał?

Cyryl Brzezik nie baczył na opinię innych o sobie. I wiedział, jak poważne mogą być konsekwencje wyborów, których dokonywał. Znał doskonale dramat wojennej rzeczywistości. I bał się. A jednak postępował, jak dyktowało mu serce. 

W „Lalkarzu z Krakowa“ przetykają się, niczym nici w gobelinie, opowieści. O Krakowie czasu wojny, o pewnym Lalkarzu i żydowskiej rodzinie, o okrucieństwie i obojętności, o zagładzie Krainy Lalek, o ożywionej lalce Karolinie, o Renie... 

Splecione ze sobą dają poruszający obraz. Łatwo w baśniowym przebraniu rozpoznać to, o czym aż strach mówić. Bo w Krainie Lalek płoną na stosach zabawki, znikają jak za dotknięciem okrutnej czarodziejskiej różdżki całe rzesze mieszkańców. Kraina Lalek niemal przestaje istnień, bo taki miał kaprys król szczurów. Lalki przecież nie mają uczuć. To zwykłe zabawki, więc szczury postanowiły się nimi pobawić.

Nad tą zagładą nie miała mocy nawet magia. A jednak wojna się kończy. I ta w świecie ludzi, i ta w Krainie Lalek. A jednak jest też nadzieja. Gdy zewsząd ogrom zniszczenia, można jej nie dostrzec. Dlatego trzeba być na nią czułym. Dlatego trzeba nie tylko widzieć ale też rozdawać choćby iskierki dobra, bo nawet rozproszone, wspólnie mogą roziskrzyć się tak jasnym światłem, by w końcu pokonać mrok. Pod warunkiem, że będzie ich wystarczająco dużo. 


„Lalkarz z Krakowa“ R.M. Romero to przepięknie wydana, poruszająca, wyważona i napisana z pokorą baśń o tym, że zawsze jest wybór, choć zwykle nie jest łatwy. I o tym, że każdy wyborów ma swoje konsekwencje. I jeszcze o tym, „że podczas wojny trzeba dbać o to, by zachować swoje serce, by móc pozostać sobą po wojnie“. Tym bardziej więc dbajmy o nasze serca w czasie pokoju.    


4 komentarze:

  1. Piękna recenzja, zdjęcia :) Książkę mam w planach odkąd zobaczyłam na zagranicznym Instagramie. Cieszę się, że amerykańska autorka sięgnęła do naszej historii i stworzyła taką baśniową opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też ją najpierw zobaczyłam na zagranicznym Instagramie i zaczęłam szukać informacji. Na szczęście to było na jakiś miesiąc przed polskim wydaniem :D Mnóstwo tu nawiązań! Choćby do "Dziadka do orzechów" czy postaci słowiańskich znanych z wierzeń - to barwna opowieść poruszająca trudne i ważne tematy.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. <3 Bo to urokliwa książka i wdzięczna do fotografowania - śliczne i staranne wydanie idzie tu w parze z wartościową treścią :)

      Usuń