Tajemniczy czarny kot

„Kot może zostać waszym przyjacielem, 
jeżeli jesteście tego godni, 
ale nigdy waszym niewolnikiem.“* 
– Theophile Gautier


O czymś śnią, gdy śpią, bo śnią na pewno, zastanawiałam się nie raz patrząc na nasze rozespane koty. Który ze swoich dziewięciu żywotów tu u nas spędzają? 

Dla odmiany, właściwie przez lata nie zastanowiło mnie, skąd wiadomo, że kot ma dziewięć żyć. I choć dawno już zaczęła się moja przygoda z wierzeniami, legendami i poszukiwaniem coraz to nowych opowieści, akurat to pytanie nie zajmowało mi myśli. Wystarczało mi, że jedno z nich postanowił spędzić w moim towarzystwie. 

Kiedy więc wpadła mi ręce książka Nathalie Semenuik „Tajemniczy czarny kot“ nie mogłam sobie odmówić spędzenia z nią kilku chwil i poczułam, że może jednak warto byłoby dowiedzieć się, jak to z tymi kocimi żywotami właściwie było...

Celowo napisałam „kilku chwil“, bo jest to książka raczej na moment z uwagi na swoją formę. Niech Was jednak nie zwiedzie niewielki format - wydanie jest solidne. 

Twarda oprawa, dobrej jakości papier, zszywane strony i wreszcie zachwycająca szata graficzna, klimatyczne fotografie, ryciny, obrazy oraz treść zdawałoby się lekka, a skłaniająca do refleksji. W mojej ocenie – idealna na prezent!  Choć sądzę, że poszukujących solidnej porcji wiedzy raczej jedynie rozbudzi i pewnie nieco zawiedzie brakiem bibliografii. 




To, co najbardziej mnie uderzyło podczas lektury, to fakt, że czytając o kocich losach na przestrzeni wieków czułam najczęściej wstyd i złość. Bo cóż czuć innego, gdy czyta się na przykład o genezie belgijskiego „Święta kotów“, podczas którego główną atrakcją było zrzucanie kotów z wieży hrabiowskiej posiadłości…

"W Belgii, w 962 roku Baudouin II, hrabia Flandrii, dał początek mrocznemu obrządkowi Kattenfeest - Świętu kotów, które odbywało się w Ypres. Świeżo po przejściu na chrześcijaństwo, pewnego pięknego dnia hrabia powziął pomysł zrzucania kotów, najchętniej czarnych, z wierzchołka wieży. Miała to być publiczna proklamacja o zaniechaniu przez lud starych pogańskich praktyk. Koty zrzucane były przez kata, z wierzchołka jednej z wież hrabiowskiej posiadłości Korte-Meer. Jeżeli szczęśliwym zbiegiem okoliczności, któremuś z nich udało się przeżyć, był ścigany przez rozbawiony tłum, następnie męczony tak długo aż zdechł. Jedynym celem tego obyczaju było symboliczne przegnanie duchów i demonów. To ponure widowisko odbywało się aż do 1817 roku. Za to obecnie, kiedy tego typu spektakle wywołują podobne emocje, zapewniam was, że nie używa się już do tej rozrywki prawdziwych kotów, lecz pluszowe zabawki. Niegdysiejsze ponure święto stało się imponującym widowiskiem folklorystycznym, z wielką paradą kotów (Kattenstoet) oraz zrzucaniem z wierzy trzech kukieł czarnych kotów, lecz nie przez kata, tylko przez błazna."*

Albo o tym, że „papież Innocenty VII (1336-1415) usankcjonował prześladowanie kotów zatwierdzając składanie z nich ofiar podczas świąt ludowych. Stosy, masakry, rzucanie kotami odbywało się zazwyczaj w określonych dniach podczas świąt religijnych lub świeckich związanych z liturgicznym kalendarzem: niedziela Brandon (pierwsza niedziela Wielkiego Postu – przyp. tłum.), wigilia świętego Jana, Wszystkich Świętych, Boże Narodzenie, Popielec, Wielki Piątek…“*

Przez wieki grzebane żywcem dla zabawy, zamykane w koszach wiklinowych czy klatkach i podpalane na stosach, zamurowywane w ścianach domów, by przynosiły szczęście domownikom…
Koty wiele przeszły przy człowieku, czy może raczej przez człowieka. 

Zwykło się mawiać „wierny jak pies“. Przyznaję, nie znam historii psów, a nauczona doświadczeniem i pełna snutnej wiary w ludzki potencjał okrucieństwa i bezmyślności pewna jestem, że i ta ma swoje mroczne momenty, to jednak po tym, co wyczytałam w „Tajemniczym czarnym kocie“ myślę, że spokojnie można by mawiać również „wierny jak kot“. 

Bo mimo wszystko trwają przy nas koci łowcy, mruczący towarzysze, czuwają, uspokajają, a kto wie, może i rzeczywiście bronią od złego... Dbajmy więc o koty, które zaszczycają nas swoim towarzystwem, pokładają w nas nadzieję i swój los zawierzają. I nie bądźmy obojętni na los tych, które nie miały tyle szczęścia, by znaleźć spokojny dom.

„Tajemniczy czarny kot“ to książka o słodko-gorzkim posmaku. Zdawałoby się lekka lektura w zachwycającej oprawie, a jednak skłania do refleksji i to wcale nie nad kocią, a nad ludzką naturą. 
I to chyba w mojej ocenie jej największy walor.


Oczywiście obok odniesień do wspomnianych mrocznych czasów, są też opisane i jasne momenty kociej historii. 

Pierwsza część książki to porcja skondensowanych informacji dotyczących historii kota na przestrzeni wieków. Dwie kolejne to odpowiednio odniesienia do motywu kota w legendach oraz w wierzeniach. Wbrew tytułowi, kota w ogóle, wcale nie tylko czarnego.
Niemniej Zdzichu poleca!


* Wszystkie cytaty pochodzą z książki "Tajemniczy czarny kot", Nathalie Semenuik, tłum. Joanna Stachowiak, Alma-Press Warszawa 2018, ISBN 978-83-7020-707-6 

4 komentarze:

  1. Ulko, jak dobrze Cię znów czytać! Nie przestawaj.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 I mnie dobrze znów tu być! Jakoś z tą jesienią przyszła nowa energia :)Dziękuję, że jesteś!

      Usuń
  2. Jestem i ciepło myślę o Tobie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem miłośniczką psów jak wiesz, ale książka wydaje się na tyle ciekawa i wstrząsająca, że chyba przeczytam. Kota "mieliśmy" tylko raz, przygarniętego. To był prawdziwy wędrowiec, latem i jesienią ani widu, ani słychu, zimą i wczesną wiosną przychodził do nas i mieszkał w korytarzu domu. Nazwaliśmy go mało oryginalnie Buras ;) Pomieszkiwał tak u nas, aż pewniej zimy się nie pojawił... Mam jedną bardzo smutną i makabryczną historię o kocie, ale opiszę Ci ją w prywatnej wiadomości. Zdarzyła się ponad dwadzieścia lat temu, ale trudno zapomnieć. Masz rację ludzie byli i będą okrutni.

    OdpowiedzUsuń