Pociesz Maciupka

"- Czy jest Kto pocieszy Macipka?
Wcale nie liczyliśmy na odpowiedź twierdzącą. Gdyby Maciupek pojawił się rano, natychmiast zostałby sprzedany. Zniknąłby z półki, zanim my zdążylibyśmy wyjść z poradni (w przypadku matki) czy szkoły.

Dlaczego więc tygodniami stawaliśmy przed ladą, powtarzając naszą kwestie? Otóż prowadziliśmy długofalowy program zmiękczania sprzedawczyni. Musieliśmy ją przekonać, że nam zależy. Że pragniemy Maciupka mocniej niż ktokolwiek w dzielnicy. Zasługujemy na niego bardziej niż gapowaty siostrzeniec koleżanki z mięsnego, nawet gdyby Maciupek miał zostać wymieniony na pewną ilość parówek czy woł-cielu. I na pewno bardziej niż cholerni emeryci, którzy szwędają się rankami i wykupują atrakcyjne nowości wydawnicze.

(...) Zagrażali nam nawet konwojenci z Domu Książki. Rankami rozwozili nowości i oczywiście kradli na potęgę.

(...) Do mnie należało wzruszanie ekspedientki, podczas gdy matka zawiązywała z nią rodzaj konspiracji.

Wszystko w jednym celu.

Któregoś dnia przywiozą wreszcie Maciupka. Wtedy ekspedientka przypomni sobie naszą wytrwałość. Pomyśli: Dobrze, już dobrze, tyle się naczekali, i odłoży jeden  egzemplarz pod ladę. Ryzykując zemstę kolejki, konsekwencje służbowe, zesłanie na Sybir. Zrobi to dla nas. Dla tego sympatycznego chłopca i jego ciemnowłosej matki.

(...) Przełom nastąpił w listopadzie. Stanąłem przed ladą, ale zanim otworzyłem usta, ekspedientka rzuciła:
- Nie, dziś nikt nie pocieszy Maciupka.
Uznaliśmy z matką, że to dobry znak. Ekspedientka okazała, że nas pamięta. Zażartowała. Zdecydowanie byliśmy na właściwej drodze. Byle teraz nie zwątpić. Byle nie stracić cierpliwości.

Zaczęły się przymrozki. Popołudniową trasę przemierzaliśmy wśród ciemności. Po drodze deptałem zmrożone liście i cienki lód na kałużach.

Wreszcie przyszedł ten dzień.
- Czyjestktopocieszymaciupka? - spytałem rutynowo.
- Było wczoraj - odparła pani księgarka. I żaden muskuł nie drgnął na jej twarzy.
To był cios. Nawet nie z powodu Tove Jansson. Nie z powodu zdrady. Poczułem, że jeszcze chwila i zrozumiem coś ważnego na temat świata, sprawiedliwości i obietnic. Grunt zaczął usuwać spod nóg, może po raz pierwszy poczułem tę pustkę - i zareagowałem w jedyny możliwy sposób. Pobiegłem do matki.
- Nie ma! - wrzasnąłem. - Był wczoraj.
- Mhm - przytaknęła niewzruszona. - Chodźmy.
- Dokąd?
- Po Maciupka - odparła moja matka.
- Był wczoraj - powtórzyłem tępo.
- Wczoraj była niedziela - przypomniała matka i weszła do księgarni."

 /Powyższy fragment pochodzi z książki "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" (Marcin Wiecha)/


A dziś możesz po prostu kupić "Kto pocieszy Maciupka?". Bez wydreptywania ścieżek miesiącami. Bez obciążenia sumienia potencjalną szkodą pani księgarki. Nie strać tej szansy! Maciupek zasługuje na to, by go pocieszyć.

Ale nie, nie opowiem, nic a nic! Po prostu przeczytaj tę książkę.  

I tylko dodam na koniec, że gdybym miała stać po nią w najdłuższej kolejce świata, wydać ostatni grosz, chodzić miesiącami w słońcu i mrozie do księgarni, dzień w dzień i pytać "Czyjestktopocieszymaciupka?" – zrobiłabym to dla niej. Bez zastanowienia. 

Jestem nią oczarowana. 

To króciutka opowieść nienarzucająca się ze swoją mądrością, swojska, a przy tym urokliwa i kryje w sobie tak wiele tego, co ważne, co pewnie wszyscy wiemy, a o czym może za często zapominamy. I to wszystko, co ważne, opowiedziane jest leciutko, jakby przy okazji. I nim się obejrzysz, już się uśmiechasz.  

Odkąd ją przeczytałam po raz pierwszy, czytuję codziennie na "dobrą noc", żeby ukołysać do snu moje wewnętrzne dziecko, bo w niej znalazło nową przystań. 

Jeśli masz dzieci – kup tę książkę im. Jeśli nie masz, kup sobie. I czytaj na głos, kiedy Ci smutno. A jeśli komuś, kogo kochasz smutno, przeczytaj ją jemu. Przez telefon, przez skype'a, twarzą w twarz. Jak wolisz, jak możesz.  

Po prostu pociesz Maciupka. I pozwól, by on pocieszył Ciebie. 





0 komentarzy:

Prześlij komentarz