#codzienność: Opowieść o szczęściu

Spotkała mnie kilka dni temu taka oto przygoda. Tuż przed wyjściem z pracy lunęło jak z cebra. Nie, nie miałam parasola oczywiście. Ale spokojnie, nawet gdybym go miała, w niczym by mi nie pomógł. W każdym razie, odczekałam kilka chwil, nieco się przejaśniło, choć wciąż padało, to jednak, postanowiłam nie igrać dłużej z czasem (bo czas nie lubi kiedy się go traci) i poszłam w stronę domu. Wciąż padało, ale znośnie. Dla mnie znośnie.


Gdzieś na wysokości Ratusza (a szłam ze Starego Miasta – ci, co z Olsztyna wiedzą, że odległość pokonałam niewielką) deszcz się nasilił, a ja i tak byłam cała mokra. Nieliczni śmiałkowie, którzy ów krótki odcinek pokonywali przede mną raźnie, dzierżąc w dłoniach parasolki lub kryjąc się pod kapturami albo jak ja, idący zupełnie bez ochrony, przyśpieszyli kroku i poukrywali się pod dachami i daszkami, przywarli do ścian budynków tak mocno, że niemal widziałam, jak robią się płascy. A i ja w odruchu stadnym i w obliczu niebezpieczeństwa – a tak! bo przecież deszcz pomoczy piękne ubranie i – o zgrozo – zmyć może makijaż! – skryłam się pod jakimś daszkiem. Już się tam tłoczyło kilka osób ociekających wodą.

A deszcz dzwonił o szyby, deszcz dzwonił wiosenny, wciąż szybciej i mocniej, i nic nie wskazywało na to, by miał swego dzwonienia zaprzestać. Rozkopane jeszcze nie linie tramwajowe spłynęły błotem, luźne płytki chodnikowe kryły pod sobą zdradzieckie kałuże, które, gdy tylko ktoś nastąpił nieopatrznie na jeden płytkowy róg, kaskadą rozlewały się na nieszczęśnika nogę i wpadały błotem wilgotnym do buta! 

I wtedy, po tych kilku sekundach zbiorczej, miejskiej paniki, przyszło mi na myśl, jakie to śmieszne, że chowamy się przed deszczem. Nie mówię, że w ogóle, ale że tego konkretnego dnia przed tym konkretnym deszczem. Cały dzień było duszno, gorąco nie do zniesienia. Co i rusz słyszałam, jak by było dobrze, gdyby deszcz spadł, jaka by była ulga dla ziemi, a jaka dla nas. I ja tak myślałam! Zgadzałam się z tym! Co więcej, od zawsze kocham deszcz! Burze kocham! Powietrze tuż po! I wtedy pomyślałam: nie, nie… chwileczkę, nie jest śmieszne, że my się chowamy. Bo skąd ja wiem, czy ta pani obok nie ma ważnych przyczyn, by przed owym deszczem się chować. Nie, nie, nieładnie tak generalizować. To śmieszne, że JA się chowam przed deszczem. JA z MOIM zestawem cech, z MOIM zestawem wspomnień, z sumą wszystkich MOICH myśli i doświadczeń, które MNIE tworzą. Skąd we mnie ta myśl, że powinnam się schować? 

Przecież i tak jestem już mokra, bardziej nie zmoknę, a nawet jeśli, to czy to rzeczywiście aż taka różnica? Przecież deszcz jest przyjemnie chłodny a powietrze parne. Przecież do domu niedaleko, a co ja tu będę czekając, aż on przestanie padać – a co ja mu będę zabraniać, chcę, niech pada i nie czuje się winny przez to swoje padanie, bo ja, JA, czekam przecież! 

Tak więc – pomyślawszy to wszystko – po prostu poszłam. I krok za krokiem czułam się szczęśliwsza. Nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Nie chciałam nawet! Miałam wrażenie, że z każdą kroplą jaka na mnie spada, a później ze mnie ścieka, opuszczają mnie zmęczenie, zmartwienia, senność, smutek, których nie mogłam się od jakiegoś czasu pozbyć. 
Po prostu szłam w deszczu i było mi dobrze. 

Ale… w tej krótkiej historii o szczęściu będzie i przysłowiowa łyżka dziegciu – za kolorowo przecież być nie może. 

Bo, odpowiedzcie mi Kochani proszę, czy macie może pomysł, co to komuś przeszkadza, że jakaś bliżej nieokreślona, nieznana dziewczyna moknie sobie i najwidoczniej jest jej w tym zmoczeniu całkiem dobrze, bo idzie sobie spokojnie, uśmiecha się do świata i na tym się jej rola w życiu napotkanych na trasie ludzi kończy? Bo może jest w tym coś złego, czego ja nie dostrzegam z racji objęcia roli akurat tej dziewczyny w deszczu? 

A jeśli jednak nie ma, to z jakiej przyczyny co kilka kroków dało się słyszeć w moją stronę kpiące zaczepki i niewybredne komentarze? I dla jasności, ubrana byłam schludnie i nawet deszcz mimo usilnych starań nie był w stanie z mojego stroju uczynić wyzywającej szaty Córy Koryntu.

Skąd więc ta potrzeba doklejenia etykietki, wystawienia oceny, co więcej - wypowiedzenia jej na głos w kierunku zupełnie nieznanej osoby, która idzie sobie gdzieś obok po prostu?

Wiecie, z mojego punktu widzenia, tam, pod zadaszeniem, na zalanej deszczem ulicy, kiedy stałam z kilkoma innymi osobami, każdy z nas miał takie same możliwości wyboru. Pod innymi zadaszeniami, pod którymi akurat nie stałam, rzecz miała się, tak przypuszczam, dokładnie tak samo. Dla jednych lepiej było zostać, dla innych (jak dla mnie) pójść. I każda z tych osób (w tym ja) była wygrana, podjęła w sobie decyzję, jaka z różnych przyczyn dla niej wydawała się najlepszą. Miałam wybór i go dokonałam. Ci, którzy czekali, aż deszcz osłabnie też mieli wybór i też każdy z osobna dokonał swojego, dlaczego więc niektórzy uzurpują sobie prawo do osądzania moich wyborów, skoro to nie są ich wybory, a w żaden sposób mój wybór nie wchodzi w ich przestrzeń życiową, nie krzywdzi nikogo z ich bliskich, czy nich… i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej? Znacie odpowiedź?  

Dla uspokojenia dodam, że tamtego dnia magia deszczu była zdecydowanie silniejsza niż uzurpujący sobie prawo do ściągania mnie ku ziemi i oceniania dość jednak wulgarnymi słowami, dlatego, choć zastanawia mnie, z jakiej przyczyny tak tym kilku osobom to moje małe szczęście przeszkadzało, że aż musieli spróbować mi je zabrać, to jednak wypełniona po brzegi dziecięcą radością doszłam sobie spokojnie do domu i zapomniałam o tej łyżeczce dziegciu. Dziś jednak, kiedy wyszłam po zakupy, była świadkiem pewnej sceny, która sprawiła, że postanowiłam Wam opowiedzieć o tym swoim deszczu i przygodzie ze szczęściem. Historii ze sklepu Wam nie przytoczę, bo nie jest to moja historia, nie czuję, że mam do tego prawo. W zamian daję Wam tę. Bo obie, mam wrażenie, mówią o tym samym. 


17 komentarzy:

  1. Doskonale rozumiem Twoje odczucia. Ja również niejednokrotnie spotykałam się z podobnymi zachowaniami całkowicie obcych ludzi, którzy nawet nie brali pod uwagę faktu, że ich podejście jest złośliwie, może kogoś zranić, a sami nigdy nie chcieliby znaleźć się w takiej sytuacji. Niestety, mam wrażenie, że w wielu ludziach znajduje się równie wiele pokładów frustracji, niespełnienia, pragnienia (o czym zresztą wspominasz) osądzania, przykładania łatek, szablonów. "Przeszkadzać" może właściwie wszystko: uśmiech, oryginalny ubiór, spoglądanie w niebo, ale również pies, z którym spacerujesz po parku, małe dziecko, które zaczęło płakać, starsza osoba, która "zbyt wolno" idzie chodnikiem. "Przeszkadza" twój styl życia, poglądy, wybory, zainteresowania, można wyliczać w nieskończoność:). Kiedy mam gorszy czas, takie sytuacje potrafią mi zburzyć nastrój na cały dzień. Chyba najbardziej boli fakt, że to wszystko jest zupełnie niepotrzebne, niczemu nie służy. A najlepsze lekarstwo to spotkanie w tym samym dniu, zupełnie przypadkowo, przynajmniej jednej osoby, która uśmiechnie się na widok mojego psa:). Bo na szczęście, pozytywnych ludzi mamy wokół całkiem sporo.
    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie tak, masz rację we wszystkim co napisałaś, a przynajmniej ja się z tym bardzo zgadzam. I też mam to szczęście, że zebrałam wokół się cudownych ludzi, z którymi nie straszne żadne smuty! Nie przeszkadzajmy innym w ich szczęściu i nie dajmy sobie popsuć naszego! O!

      Usuń
  2. Z przyjemnością przeczytałam Twoją historię. Tak, wszyscy dążymy do szczęścia, ale dla każdego z nas znaczy ono coś innego. Szczęściem może być właśnie taki spacer w deszczu. Szkoda tylko, że nie zawsze dajemy każdemu cieszyć się jego własnym szczęściem. Pozdrawiam serdecznie :)
    http://netstylistka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I to jest sedno sprawy - dobrze jest nie zabierać szczęścia innym, pozwalać im się cieszyć :) To chyba tak samo ważne, jak dostrzeganie małych radości i przezywanie ich. Świętą masz rację!

      Usuń
  3. Cieszę się, że magia szczęścia wygrała z komentarzami "buraków". Ośmielę się stwierdzić, że dla mnie szczęściem jest właśnie na tyle silne ego, że nie poddaje się i ignoruje oceny osób, na których zdaniu mi nie zależ, w parze z codziennym, obowiązkowym wręcz cieszeniem się chwilą i szukanie radości w najzwyklejszym deszczu.
    Życie mamy tylko jedno! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że mnie z Tobą nie było! To dopiero byłoby szaleństwo :-)))

    Widać jak na dłoni, że do szczęścia po pierwsze niewiele potrzeba, a po drugie wcale nie są potrzebni inni ludzie, bo "szczęście każdy nosi w sobie".
    Serdeczności!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety! Podbiłybyśmy świat (a przynajmniej ten mój olsztyński na początek :P)! Święta racja, szczęście każdy nosi w sobie!

      Usuń
  5. Cudowny post. Uwielbiam cały zlew ale intymnik jest mi najbliższy. Doświadczenie z deszczem przeżywam w innej postaci, także ze szczęśliwością dziecinną i dziegciem na łyżce - nie moknę ale chodzę na bosaka ;) Bardzo ciepło pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc, tak wiesz, w tajemnicy, i mnie intymnik jest najbliższy :) Tak się cieszę, że mogę z kimś dzielić to poczucie :) Przesyłam Ci mnóstwo serdeczności! :)

      Usuń
  6. Też uwielbiam spacer w deszczu :)
    A "Ciągle pada" Czerwonych Gitar to jedna z moich ulubionych piosenek właśnie z tego powodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Wawrzynku, aż mi się posłuchać zachciało... zupełnie zapomniałam o tej piosence, a kiedyś też ją uwielbiałam!

      Usuń
  7. Wiele lat temu przestałam zwracać uwagę na komentarze w chwilach kiedy absolutnie prywatnie robię coś na co mam ochotę. To chwile kiedy mam być szczęśliwa. I kiedy idę ulicą, i jakaś myśl przelotna rozświetli mi wnętrze to się do niej i do siebie uśmiecham. Jest mi dobrze. Przesyłam serdeczności.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tak właśnie jest najpiękniej :) Warto dostrzegać te drobne szczęścia i warto dbać, by innym ich szczęścia nie zabierać! Tak właśnie jest, jak napisałaś!

      Usuń
  8. W sumie to jestem zdziwiona trochę tą reakcją ludzi, bo z mojego doświadczenia to raczej się uśmiechają na takie sytuacje. Chyba, że wiele się zmieniło od czasu, kiedy ja paradowałam w deszczu. (Dobrych parę lat temu ostatnio miała miejsce podobna sytuacja). Czyżby ludzie stawali się coraz to mniej tolerancyjni i zamknięci? :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no właśnie, muszę Ci powiedzieć, że też byłam bardzo zdziwiona, dlatego pomyślałam sobie wtedy, eee, niech im się wiedzie, pewnie mają zły dzień czy cuś... I nawet szybko zapomniałam, bo wiesz, deszcz był fajniejszy ;) Ale następnego dnia byłam świadkiem dziwnej sytuacji i mi się przypomniało, bo jednak schemat z zabieraniem szczęścia był ten sam. Po jednej czy dwóch sytuacjach nie ma co wnioskować - ale jakby co, to się po prostu cieszmy i starajmy się nie zabierać innym ich radości. Ja przynajmniej taki mam plan, by tego pilnować :) A inna sprawa, to Olsztyn ostatnio jest siedliskiem negatywnych emocji... stale korki, wciąż rozkopy, nigdy nie wiesz, co cię spotka w drodze do pracy... tyle zdenerwowania tu nie czułam nigdy wcześniej. Ale czekam chwili, jak się te remonty, budowy skończą i piękne tramwaje ruszą olsztyńskimi ulicami i znów będzie lepiej ;)

      Usuń
  9. Ulu, ja Ci się przyznam, że z samego patrzenia na Twoje (i Wiktorii też :) zdjęcia, czy tutaj, czy na FB, mam wrażenie, że ładują mi się akumulatorki. Widocznie ciesząc się deszczem biła z Ciebie taka łuna, że niektórym bezpieczniki nie wytrzymały. ;)
    Nie pozwól, by ktoś Ci tę umiejętność cieszenia się życiem odebrał!
    Buziaki serdeczne!

    OdpowiedzUsuń
  10. Czym tak właściwie jest szczęście? To splot momentów sytuacji chwil ludzi, ale z drugiej strony szczęście możemy sami sobie zorganizować zadowoleniem spełnieniem rodziną statusem

    OdpowiedzUsuń