#codzienność: Jak stałam się autorką książki dla dzieci


W mojej głowie gra symfonia, a ty każesz mi tu sprzątać dźwięków tysiąc co naparza w skrzypki, w kątach wszystkich rośnie łąka„Ścisz to!“ - Jest taka piosenka… jakby we mnie, bardzo o mnie. Zmyślam odkąd sięgam pamięcią. Ten świat wewnątrz był mi azylem. I tak zostało.

Nie potrafię powiedzieć, kiedy zamieszkała we mnie myśl o pisaniu i z jakiej przyczyny wybrała tamto moje wątłe ciałko i raczej przeciętny umysł. 

Wychowywałam się w wioseczce na Mazurach. Wystarczyłoby, bym opisała swoje dzieciństwa, a wyszłaby z tego opowieść godna Kalicińskiej. Chociaż, jeśli się nad tym zastanowić, to ta moja wioseczka nie była ani za bardzo malownicza ani pierwotna, a już zdecydowanie nie dawała schronienia przed światem. To była raczej wioseczka podmiejska, która bardziej wioseczkę udaje niż nią jest. Oczywiście, wczesne lata mojego życia miały jeszcze posmak piasku, zapach łąk,dźwięk bagiennych żab, później jednak przyrody było coraz mniej, zaś betonu z każdym rokiem coraz więcej. 

Jednak dla mnie tamto miejsce zawsze będzie wypełnione po brzegu rusałkami, w wodach bagiennych mieszkać będą topniki, lasów strzec będą leszy, a w południe po polach przechadzać się będzie Południca. Dla mnie tamten świat zawsze będzie zamknięty w zapachu rozgrzanych słońcem ziemi i asfaltu tuż po letnim i nagły deszczu. Wiecie, tak pod wieczór, kiedy jest ta złota godzina, która kąpie świat w ciepłe i nie pozwala oderwać wzroku od czegoś hen, na horyzoncie. 

Dla mnie, tamten świat zawsze będzie wypełniony śmiechem mojej Anny, śmiechem, który ze mną dorastał, który towarzyszy mi po dziś dzień. I wypełniony będzie słowami jej dziadka, mojego sąsiada, dzięki któremu odkryłam, że wystarczy nieco przymrużyć oczy, wstrzymać oddech i cichutko, z szacunkiem pokłonić się lasom, łąkom, jeziorom, bagnom, by wejść do tego innego, dźwięcznego, roziskrzonego, tajemniczego świata. Z Dziadkiem Anny snuliśmy opowieści tak niesamowite, że aż nie do spisania! Te długie dni i wieczory, kiedy jej nie było, kiedy czekaliśmy oboje lata, by znów odwiedziła na kilka tygodni jego samotnię są chyba najpiękniejszymi wspomnieniami, jakie mam w sercu. To on mi powtarzał, że powinnam pisać, malować, tworzyć, jeśli tylko chcę coś zatrzymać. I to też robiłam. Pisałam, malowałam, tworzyłam – nawet okurzając, czy gotując, nawet śpiąc… To on mi podsuwał pierwsze książki, on czytał moje pierwsze opowiastki. A kiedy w naszym świecie pojawiała się Anna, wtedy niczego nie było nam więcej trzeba do szczęścia. O Annie, jeśli zechcecie, opowiem Wam innym razem. O jej Dziadku również. Tym razem rzecz tyczy się owego aktu tworzenia. 

Jak więc wspominałam nieco wcześniej, nie pamiętam, kiedy pojawiła się we mnie myśl, że chcę pisać, pamiętam za to, jak wiele przez nią wycierpiałam. W mojej szufladzie mieszka już kilka opowieści. Utuliłam je do snu, bo są jeszcze malutkie. Nie są gotowe na ten potężny świat pełen groźnych praw rynku. I ja nie jestem gotowa, by je wypuścić same, w świat. Póki co, posłałam je do szkoły. Chodzę z nimi na zajęcia każdego dnia, uczymy się też sami wieczorami. I zdaje mi się, że robimy postępy. Powolutku, ale jednak. Gdzieś między jedną historią a drugą pojawiła się Iwonka, moja bratanica i córka chrzestna. A że to przecież też dziecko, to postanowiliśmy się uczyć wszyscy razem! Moje Opowieści, Iwonka i ja! I tak trwalibyśmy w tym lekkim półśnie, gdyby nie fakt, że pewnego dnia Rzeczywistość brutalnie wdarła się do naszej przytulnej Szuflady i zażądała uwagi.  

Bo widzicie, Szuflada Szufladą, ale mam jeszcze Rzeczywistość, a w niej ważnych dla mnie ludzi, pracę, w której mogę spełniać marzenia – i swoje i innych, dom, w którym czuję się bezpieczna i kochana. Mam tam wreszcie Pełen Zlew, który zmienia się razem ze mną, wypełnia lub pustoszeje, porządkuje się lub znów zapada w chaos. I tak się złożyło, że w związku z moją pracą pojawiła się Możliwość. I to Możliwość, o jakiej bym nie śniła nawet! Poszłyśmy razu pewnego z Katarzyną, z którą to na co dzień knujemy czytelnicze intrygi w pracy, na rozmowę z prezesem jednej z największych drukarni w Polsce. Propozycji miałyśmy mnóstwo, a gdzieś na końcu listy ten najśmielszy. Zamarzyło nam się wydać książkę. Jeszcze dokładnie nie wiedziałyśmy, jak powinna wyglądać, kto ją napisze, kto zilustruje. Wiedziałyśmy tylko, że będzie piękna, że będzie dla dzieci i że będzie darmowa. Zamarzyło nam się, że każde dziecko będzie stać na książkę podczas naszego czerwcowego Pikniku z Kłobukiem, bo będziemy te książki po prostu rozdawać. Oczywiście, sprawa była raczej przegrana. W ubiegłym roku na Pikniku było jakieś 1500 osób, więc książek byśmy też potrzebowały co najmniej tyle. No i jeszcze trzeba by ją, że tak brzydko napiszę, zwyczajnie jakoś zrobić. Prezes na nasze daleko posunięte w marzeniach plany nie rzekł nic konkretnego, uśmiechnął się, powiedział, że się skontaktuje. No cóż… wiecie jak to jest, jak ktoś tak mówi, prawda? 

Ano nie prawda, się okazało, bo oto Prezes OZGraf-u zadzwonił! Co więcej! Powiedział: ROBIMY! Ale… (zawsze jest jakieś ALE) musicie się wyrobić ze wszystkim do 28-go kwietnia. No kto by się spodziewał?! Kto?! Pytam Was? Ktoś Wam mówi: dobrze, wydrukuję Ci za darmo 3000 egzemplarzy książki. Tylko ją stwórz. A Ty, niby nie wierzysz, ale słyszysz: będziesz mogła obdarować 3000 osób darmową książką! No kto by uwierzył?! 

Tak więc po tym, jak opadły pierwsze emocje, zdaliśmy sobie, my, czyli Kasia, Kamil i ja, że oto mamy jakieś trzy tygodnie na wszystko! Na wymyślenie koncepcji, wykonanie ilustracji, stworzenie tekstu, opracowanie techniczne projektu. NA WSZYSTKO! 

Nie było czasu, by szukać kogoś z zewnątrz. Nie było pieniędzy, by komuś płacić za tekst czy grafikę. Decyzja szybko została podjęta. Co prawda, Mała Dziewczynka we mnie popłakała się z przestrachu, później z bezsilności tupnęła nóżką i schowała się w kącie Szuflady, ale nie miałam czasu wchodzić z nią w dyskusje. Rzuciłam jej chusteczki i krzyknęłam: nie rycz! po czym zasiadłam nad pustą kartką. 

Co ja wiem o książkach dla dzieci?! Jak nieznośna mucha, latała mi w głowie myśl… I wtedy  mnie olśniło! Ja może i niewiele – powiedziałam sobie – ale przecież znam kogoś, kto jest specem w tej materii! I tak w tej opowieści wracamy do Iwonki. Iwonka sięga głową ponad stół i lat ma więcej niż trzy i pół, ale też bez przesady. I też zmyśla. Pewnie ma to po mnie... Więc często zmyślałyśmy razem. Tak też się stało i wtedy. Zmyślałyśmy cały dzień, a później te nasze zmyślenia ubrałam w słowa i tak powstała Opowieść. 





Ale… nie może być tak łatwo. Ktoś tę Opowieść musiał jeszcze zrecenzować. Więc trafiła do pewnego Marcela i pewnej Nadii i do pewnej Amelki. Wszyscy razem może mieli jakieś 16 lat, chociaż ręki sobie za to uciąć bym nie dała. Kiedy już z pokorą wysłuchałam uwag moich recenzentów, naniosłam odpowiednie poprawki, przyszedł czas, by oddać Opowieść w ręce Kamila. Tak zaczęła nabierać kształtów, nasycać barwami. Ponieważ ani ja ani moi mali recenzenci nie jesteśmy mistrzami w ortografii, interpunkcji i tym podobnych ważnych tematach (oczywiście uczymy się stale, ale przecież wiecie, że nie popełnia błędów tylko ten, który nic nie robi), więc naszą historię sprawdziły Dorota i Kasia. Czasu było coraz mnie. Nasze dni były wypełnione książką po ostatnie sekundy.

Dopiero, kiedy wysłaliśmy pliki do drukarni, odetchnęliśmy, ale wciąż mieszkało w nas niedowierzanie, że jak to, tak po prostu, że tak zwyczajnie ktoś nam tę opowiastkę wydrukuje i da, a my ją będziemy mogli rozdawać innym? W zasadzie, dopóki nie poszliśmy do drukarni i nie zobaczyliśmy, jak rusza proces drukowania, trudno nam było w to uwierzyć. A i teraz, kiedy trzymam już w dłoniach, jakby nie było, swoją książkę, wciąż zdaje mi się, że to jednak sen. 

I chociaż tekstu, który został wydrukowany, nie napisała Mała Dziewczynka we mnie, a przecież do tej pory pisała wszystkie moje historie i chociaż nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek napiszę opowieść dla dzieci, i chociaż teraz, kiedy to czytam, wiele bym zmieniła, to muszę Wam wyznać, że to była jak dotąd największa i najwspanialsza przygoda mojego życia. 

I chociaż mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że gdybym wydawała teraz na przykład powieść bądź zbiór opowiadać, to moje emocje byłby równie silne, ale zdecydowanie inne, to mam wrażenie, że dzięki tej przygodzie lepiej rozumiem pisarzy, z którymi przychodzi mi prowadzić spotkania autorskie czy wywiady...

Pierwszy autograf, kiedy ręka mi tak drżała, że bałam się dotknąć stalówką papieru… Niepewność, a może nawet wstyd pierwszych czytań, poczucie odpowiedzialności za każde słowo… Tego wszystkie, co mieszka we mnie, a jest związane z tą książką, jest tak wiele, że nawet gdybym pisałam nieprzerwanie jeszcze kilka dni, to (pomijając, że nikt by tego nie doczytał do końca, a przecież i tak się zastanawiam, czy teraz choć jedna osoba doczyta), to nie zdołałabym wszystkie z siebie wypisać… 

KONKURS
W każdym razie, po tym przydługim wstępie (żartowałam!), mam dla tych, którzy dotrwali ze mną do tych ostatnich akapitów, niespodziankę. Jako tak zwana Autorka, mam mały zapasik książkowy, którym chciałabym się z Wami podzielić. Mam dla Was 10 swoich książek. Jeśli wśród czytających te słowa są jakieś zainteresowane Małe Dziewczynki lub Mali Chłopcy tym, bym ich obdarowała, to bardzo proszę, byście w komentarzu pod tym wpisem bądź w komentarzu na facebookowym profilu pełnozlewowym (TU) wpisali: jaka książka z dzieciństwa wciąż jest w Waszych myślach i dlaczego?

Autorów 10-u najciekawszych według mnie odpowiedzi, z przyjemnością nagrodzę :)

PS Jak zawsze, a już teraz zwłaszcza, nie wykluczam szansy, że pula nagród znacznie wzrośnie.
Na Wasze komentarze czekam do 25.06.2015 r. do 23:59, a wyniki ogłoszę w sobotę 27.06.2015 r.

Ufff… Prawdę mówiąc nie chce mi się wierzyć, że ktoś to doczyta do końca…  




37 komentarzy:

  1. A ja doczytałam do końca i bardzo Ci gratuluję! Oby te książeczki trafiły w dobre ręce! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :) A w nagrodę za wytrwałość czyli doczytanie i pierwszy komentarz mam dla Ciebie poza konkursem niespodziankę :D Jeśli masz ochotę dostać ode mnie drobny upominek, to podeślij proszę swój adres na pelenzlew@gmail.com :D Będzie mi bardzo miło :D

      Usuń
  2. AAAA przeczytałam i ja. Do końca. Podoba mi się twój świat. Napisz koniecznie o Ani i jej dziadku. Miałam dylemat, ale chyba już wiem o której książeczce z dzieciństwa Ci napiszę. Niech tylko synek zaśnie. PS. Gratulacje wielkie z lekką nutką zazdrości. I dziękuję. Właśnie poczułam się przez Ciebie zmotywowana. Zmotywowana do... CDN.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się nie mogę doczekać Twojej odpowiedzi na pytanie o książkę :D A z komentarza i tego, że jednak koś tu, na skraje długaśnego tekstu dociera :D i z poczucia motywacji w Tobie cieszę się chyba jeszcze bardziej!

      Usuń
  3. O, dzięki Ci, Świecie, za Możliwość :) I za Iwonkę! :D
    Dotrwałam do końca i wcale to trudne nie było, skromnisiu. Strasznie się cieszę, że udał Wam się ten projekt i bardzo jestem ciekawa rezultatu. To idę teraz myśleć nad odpowiedzią konkursową, bo z wrażenia nie potrafię sobie przypomnieć żadnej książeczki z dzieciństwa, a czytałam ich przecież mnóstwo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahahahaha, rozczuliłaś mnie tym wrażeniem :D <3 Czekam z niecierpliwością na odpowiedź konkursową! :D I muszę przyznać, że też się cieszę niewyobrażalnie, że nam się udał ten projekt! :D

      Usuń
    2. Dużo było tych książeczek z dzieciństwa, ale tą którą najbardziej zapamiętałam jest chyba bajka "Trzy małe świnki". Jak większość bajek, i tę znałam wkrótce na pamięć, co nie przeszkadzało mi oglądać obrazki po raz setny i zaczytywać się w treści. Jednak najciekawsze dla mnie były wnętrza. Nie wnętrze książeczki, ale wnętrza mieszkań świnek. Fascynowało mnie, jak każda z nich urządziła sobie mieszkanko, a dbałość o szczegóły, typu zdjęcie rodzinne na ścianie, jeszcze bardziej pobudzało wyobraźnię. To chyba wtedy zrodził się pomysł, że muszę jak najszybciej wyprowadzić się z domu i zamieszkać na swoim. Miałam 4 lata i marzyłam przynajmniej o własnym pokoju, co niestety, nie nastąpiło jeszcze przez bardzo długie lata ;) W wieku 7 lat już pisałam/rysowałam własne książeczki i pragnęłam własnego kąta, żeby pisać o każdej porze dnia i nocy, kiedy tylko najdzie mnie wena. ;)

      Usuń
    3. Poproszę o adresik do wysyłki :D na pelenzlew@gmail.com :D Najlepiej do czwartku :) Wtedy się nie pogubię :) Aha, jeśli masz życzenie, żeby książka była z dedykacją, napisz mi w mailu dla kogo - dla Ciebie czy dla kogoś? :) Dziękuję :)

      Usuń
  4. Sen się zmaterializował i stał się przygodą życia! Podążaj tą drogą bo należy Ci się szacunek :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cicho sobie marzę, że teraz uda mi się wydać coś dla nieco starszych dzieci ;)

      Usuń
  5. Piękna historia odnośnie powstania książki <3
    A co do konkursu... ciężko wybrać tą jedną jedyną [za dużo czytam od zawsze...]
    Ale bez większego zastanowienia "Dzieci z Bullerbyn". Pierwsza książka, którą w pełni świadomie przeczytałam... znaczy przeczytano mi, a potem wielokrotnie do niej wracałam [i wracam]. W dzieciństwie przeżywałam z bohaterami większość przygód. Tak jak Lisa miałam pokój na strychu, dywaniki z gałganków, zastawę dla lalek. Zamiast nocować w stogu siana miałam swój beżowy namiot. W ogrodzie było pełno zakamarków idealnie nadających się do odtwarzania poszczególnych rozdziałów... Ehhh, to były piękne czasy...
    I żeby innym książkom nie było przykro, to po dogłębnej analizie do kompletu dorzucam jeszcze:
    *Baśnie Braci Grimm - jedyne, do których z przyjemnością wracam. Jak dla mnie bracia Grimm zrobili to po prostu najlepiej :)
    *bohaterki spod pióra Lucy Maud Montgomery, a szczególnie Ania i Emilka. Gdybym miała powiedzieć ile razy czytałabym ich przygody [w całości lub we fragmentach], to chyba nie potrafiłabym tego zliczyć.
    *tu trochę nietypowo... "Zerko, czyli trzy dni w Karlikanii" książka, która spowodowała, że jako 10-latka jeszcze bardziej pokochałam matematykę [tak. da się] i do tej pory polecam ją wszystkim dzieciakom, żeby pokazać, że matma jest po prostu fajna.

    Mogłabym jeszcze długo wymieniać, ale to te wymienione książki najbardziej towarzyszą mi aż do tej pory. I mam nadzieję, że reszta książek się o tym nie dowie i się na mnie nie obrazi... bo o nich też myślę... tylko troszkę mniej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oliwka, zdecydowanie książka się należy ;) Do łapek czy podasz adres wysyłki na pelenzlew@gmail.com? :)

      Usuń
  6. A ja przeczytałam do końca jako pierwsza (chyba;)), bo zaraz po dodaniu wpisu, tylko na telefonie nie mogę dodawać komentarzy w blogach - nie wiem dlaczego? ;) ale nie szkodzi...bo biorę udział w konkursie...

    Jest taka książka, która najpierw została opatrzona dodatkowymi rysunkami, potem zgubiła okładkę, a w końcu sama przepadła.
    O zgiń, przepadnij zły chochliku, który zabrałeś mi książkę ukochaną! Jesteś moją zmorą, jesteś moim koszmarem, który spędza sen ze zmęczonych powiek. Szukam, szperam, zaglądam w ciemne kąty, schodzę do wilgotnej piwnicy, na zakurzony strych.
    Nie ma! Nigdzie jej nie ma!
    Ona... była taka ładna, taka mądra, taka kolorowa. A teraz nie mam, nie mogę do niej wrócić, nie mogę pokazać jej synowi, nie mogę podzielić się nią z dziećmi w przedszkolu.
    O zgiń przepadnij zmoro, chochlicza!
    Oddaj mi Bajeczki z obrazkami W. Sutiejewa!
    Chcę znów przeczytać bajkę o kaczorku i kurczaku, chcę kolejny raz zanurzyć się w historii Pod grzybem, chcę ponownie przeczytać o tyczce pomocniczce. Obejrzeć obrazki, poczuć kartki pod palcami. Móc pokazać ulubioną książkę Radkowi, razem z nim przeżywać wszystkie przygody na nowo, razem z nim śmiać się i z ekscytacją poznawać kolejne opowiadania.
    O zgiń przepadnij chochliku! Zmoro koszmarna! Gdzie moja książka z dzieciństwa? No gdzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie książka się należy! Przypomnij mi tylko, proszę, adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3 PS 2 A to chochlik jeden! ;)

      Usuń
  7. Moja ukochana książka z dzieciństwa? Było ich kilka, przez chwilę pomyślałam, że zbyt wiele, aby wybrać. Czy powinnam napisać o Podróżach Guliwera, które czytała mi babcia. Czytała i zasypiała. Czy raczej o serii malutkich książeczek o Misiu Paddingtonie, które wypożyczałam w czytelni Pałacu Młodzieży i przez które nie mogłam zasnąć, bo wiłam się w łóżku ze śmiechu. Czy może o mojej ukochanej Pchle Szachrajce, którą woziłam na wakacje, a może to powinien być Brzechwa, Tuwim? I te ilustracje w mojej głowie: Szancera, Siemaszko, Ha-Gi, Makowskiego… Stop.
    Mam ją: Iv i Finetta (na motywach ludowych bajek francuskich) Wydana w 1962 r. Napisała -Natalia Gałczyńska. Ilustrował - Józef Wilkoń.
    Pamiętam, że śniła mi się po nocach. Potrafiłam rano obudzić się i jeszcze w piżamie wyciągnąć ją z półki, aby zaspokoić głód. Oglądałam ją milion razy, książeczka była sfatygowana, kartki wypadały. Została mi w spadku po starszych braciach, ale to nie miało żadnego znaczenia. Moim umysłem zawładnęły nie tylko magiczne, trochę straszno- mroczne i piękne zarazem ilustracje, ale i historia mądrej, odważnej, sprytnej dziewczyny, która czarowała. Abrakadabra. Taką dziewczynką chciałam się stać. Zaradną. Tajemniczą.
    Pamiętam jak układam kartki szukając właściwej kolejności dla opowieści. Strony nie były numerowane. I tak przynajmniej raz dziennie opowiadałam sobie sama tę baśń, aż dorosłam.
    Kiedy się wyprowadzałam z domu część książek poszła ze mną, ale niektóre moi rodzice oddali wcześniej innym dzieciom, czy do biblioteki. Iv i Finetta pewnie nie nadawała się już do darowania komukolwiek. Zniknęła. A ja nie pamiętałam tytuły tej książeczki, Tylko historię i obrazki. Myślałam, że ją straciłam na zawsze.
    Już w liceum zaczęłam zbierać książki dla dzieci, i nagle odkryłam, że mogę odnaleźć moje książki z dzieciństwa. W 2000 roku nie było reedycji wydawniczych, o książkach z lat 60 nikt nie pisał i nie czytał. Chodziłam po antykwariatach, targach. Zaglądałam dalszym i bliższym znajomym na półki z książkami, szukałam w internecie, ale tylko po 22.00 by było taniej. W końcu odkryłam allegro i rozpoczęłam szturm na odzyskiwanie dzieciństwa. Kupowałam na oko, na czuja czasem się udawało czasem nie. Miałam już sporą kolekcję, ale ciągle brakowało jej paru egzemplarzy. I nadszedł dzień w którym kupiłam książeczkę za jakieś 15 zł. Książeczkę z ilustracją która pasowała do moich wspomnień sennych. Nie mogłam czekać, ani zaufać poczcie. Umówiłam się na pl. Politechniki z panią która ją sprzedawała. Pamiętam jej minę, jak wzięłam ją do ręki i otworzyłam. Absolutnie spokojna i wyrozumiała, jakby wszystko wiedziała. Prawie się popłakałam i bardzo jej dziękowałam. A ta pani powiedziała, że właśnie dlatego lubi się umawiać na odbiór osobisty. Pomyślałam, że to prawda. Najprawdziwsza. Nie ma nic bardziej osobistego jak książka z dzieciństwa. Taka ukochana, utracona i odzyskana. Dziś na półce mam trzy egzemplarze. Dla mnie, dla synka i na wszelki wypadek. Chciałabym, aby mój Tymek też miał swoje „bardzo osobiste książeczki z dzieciństwa”. Dlatego mu czytam. Już teraz choć ma 8 miesięcy (wcześniej też). I jak przystało na nawiedzoną babę mówię: „Antycyponek” napisał - Maciej Wojtyszko, ilustrowała- Grażyna Dłużniewska, Warszawa 1979r. Abrakadabra. Koniec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twoja opowieść bardzo mnie ujęła. Dziękuję Ci ogromnie, że napisałaś :) I oczywiście z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku. Mam nadzieję, że sprawi Ci radość :) PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
  8. Przeczytałam do końca, zresztą Twoje wpisy czyta się błyskawicznie i zawsze wywołują u mnie uśmiech na twarzy :) Masz niesamowity dar, wykorzystuj go częściej tu na blogu.

    Moje książki z dzieciństwa to "Dzieci z Bullerbyn", jedyna książka, którą przeczytałam siedem razy. Chciałam też mieszkać w małej wiosce (choć chyba coś z tego pragnienia nadal we mnie zostało), wysyłać listy przez okno (mieszkałam na 10 piętrze i byłam szczerze zdziwiona, że mama mi nie pozwoliła), ogólnie każda książkowa przygoda rozpalała moją wyobraźnię. Wszystkie książki tej autorki były dla mnie mego wciągające. Czytając "Ronię córkę zbójnika", żałowałam, że mój tato jest taki normalny, nie jest zbójnikiem i nie mieszkamy w jakiś jaskiniach (tyle pamiętam z tej książki), a czytając "Madikę z czerwcowego wzgórza" chciałam tak jak ona skakać z parasolką z dachu. Duże wrażenie wywarły na minie również "Przygody Tomka Sawyera" oraz "Przygody Hucka Finna" po lekturze wspomnianych tytułów z kolei chciałam iść w nocy na cmentarz (jak Huck Finn) zakopać martwego kota. Pojawił się jednak problem, nie miałam skąd wziąć nieżywego futrzaka. Cmentarz był w pobliskim parku, a plany nocnej wyprawy snułam z koleżanką, ostatecznie nie doszła do skutku.

    Wspomniałaś o odpowiedzialności za słowa, które się pisze... No cóż, albo ja byłam jakimś mało standardowym dzieckiem, albo autorów poniosła wyobraźnia, co i tak nie zmienia faktu, że do dziś te książki wspominam z nostalgią.

    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję <3 I mam nadzieję, że książeczka Ci się również spodoba :) Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
    2. Ups, dopiero zorientowałam się, że tutaj zamieściłaś odpowiedź. Trochę przegapiłam termin, czy jeszcze mogę Ci podesłać adres?

      Usuń
    3. Oczywiście, że możesz :) Będzie mi bardzo miło :)

      Usuń
  9. Całe moje życie to pogoń za Białym Królikiem, dlatego od najwcześniejszych lat na co dzień nie rozstaję się z "Alicją w Krainie Czarów". Co wieczór mam ją na oku.
    Pochodzenie mojego imienia ma swoją wyjątkową historię wprost z życia mojej mamy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
    2. Ulko.
      Dziękuję! Trochę się zgapiłam... przepraszam.
      Napisałam mejl.
      Ściskam gorąco w te upały :)
      Alicja.

      Usuń
  10. Serdecznie gratuluję książki :) I po cichu zazdroszczę :P

    W konkursie chętnie wezmę udział bo mam w domu dwóch chłopców, którzy lubią czytać :)

    Książka z dzieciństwa, która nadal ze mną jest to Miś Paddington Michaela Bonda. Dostałam tę książeczkę od mamy gdy byłam chora i od tej pory mam z nią nieodłączne skojarzenia z czułością, bliskością, miłością macierzyńską.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
  11. W mojej pamięci ciągle tkwi mała Lotta mieszkająca na ulicy Awanturników. Mała, niesforna, humorzasta, pięciolatka, która pewnego dnia postanowiła wyprowadzić się z domu. Podobnie jak ja, gdy dowiedziałam się, że niedługo będę musiała dzielić swój pokój z rodzeństwem. I to z bratem! Cóż to był za dramat, dziewczynka i chłopiec w jednym pokoju! Wzięłam misia pod pachę, przemierzyłam aż jedną ulicę i postanowiłam zamieszkać z dziadkami. Naprawdę byłam przekonana, że nikt się nie dowie gdzie jestem! Cóż, i mnie, i Lottę, szybko znaleźli.
    "Lotta z ulicy Awanturników" to książka, którą ciągle mam u siebie na półce i czasami wracam do tej niezwykle mądrej opowieści. Zachęcam każdego, aby po nią sięgnął :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3 Nooo dobra, Tobie książeczkę dam do łapek ;)

      Usuń
    2. Zgłoszę się osobiście! :)

      Usuń
  12. Jak kogoś czyta się przyjemnie, to długość tekstu nie ma znaczenia, więc możesz pisać i kilka dni. Ja doczytam (:
    Bardzo Ci gratuluję i bardzo trzymam kciuki za więcej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Bardzo się cieszę, że doczytałaś :) A jak mi przyślesz swój adres na pelenzlew@gmail.com to dostaniesz niespodziankę ;) Będzie mi bardzo miło, jeśli napiszesz :)

      Usuń
  13. Książka, która zrobiła na mnie w dzieciństwie największe wrażenie, o której nie mogłam też zapomnieć w dorosłym życiu to "Dzieci z Bullerbyn" Astrid Lindgren. Tak bardzo pamiętałam o niej, że kiedy tylko nadarzyła się okazja aby kupić sobie małą, żółtą, grubawą książeczkę, nie zastanawiałam się, tylko to zrobiłam. Poczułam się wtedy tak, jakbym kupiła niespełnione marzenie. Przygody Lassego, Bossego, Ollego, Lisy, Britty i Anny czytałam dwukrotnie będąc dzieckiem (do dziś pamiętam te imiona). Dwa razy wypożyczyłam ja z biblioteki ,a za drugim razem postanowiłam ją ... sobie przepisać, tak bardzo chciałam ją mieć dla siebie. Nie pamiętam, ile przepisałam, ale pamiętam, że to robiłam. Najbardziej żal mi było tego, że w moim egzemplarzu nie będzie rysunków, bo cała magiczność, bliskość i uwielbienie dla niej związane było również z ilustracjami.
    Z perspektywy czasu widzę, że nasze dzieciństwo (na początku lat 70) było dość zbliżone do dzieciństwa dzieci z Bullerbyn; była wtedy taka sama wolność w spędzaniu wolnego czasu na powietrzu. Próbowaliśmy też wdrażać pomysły z książki: między okami na III piętrze w bloku przeciągnęliśmy z sąsiadem telefon ze sznurka i puszek po paście do butów, w noc świętojańską próbowałam zdobyć 12 ziół przemierzając pokoje i obrywając liście z roślin pokojowych... Chciałam być taka jak dzieci ze szwedzkiego Bullerbyn.
    To książka niezwykła, ciepła, bliska dzieciom i kochana. Mam nadzieję, że spodoba się kiedyś i moim dzieciom, choć to chłopcy. :-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo!
      Cieszę się ogromnie, już piszę e-maila.
      Dobrej niedzieli i udanego tygodnia!
      :-D

      Usuń
  14. Piękna historia! Czekam na opowieść o Annie i jej Dziadku. A Iwonka mogłaby się zaprzyjaźnić z moją chrześnicą Wanessą, która również ma nieograniczoną wyobraźnię i talent do zmyślania-tak jak jej ciotka :).
    A z książek z dzieciństwa to tylko ta jedna, jedyna ukochana moja Beaty Krupskiej "Sceny z życia smoków". Czytałam i oczy mi się jak pięć złotych robiły i tak święcie wierzyłam w te potworki, że razem z Bratem (mieliśmy wspólny pokój) wymyśliliśmy sobie własne potwory. I wiesz co Ci powiem, one tam NAPRAWDĘ były! Mieszkaliśmy na osiedlu. Razem z Bratem co wieczór odsłanialiśmy żaluzje i podglądaliśmy, co też nasze smocze potwory wyrabiają. Dzięki rysunkom z książki, nasze wyobrażenia były bardzo zbliżóne do smoków wymyślonych przez Krupską. Był smok żółty- wyścigowiec. To ulubieniec mojego Brata, jeździł wyścigówą i nawet Hołowczyc mu do pięt nie dorastał. Ja lubiłam swojego czerwonego Kucharza, który w sumie potrafił tylko smażyć jajecznicę, ale za to jaką! Był jeszcze zielony i niebieski, ale już nie pamiętam co robili. Tak, to była ważna książka, bo jej bohaterowie wyszli do rzeczywistości, zamieszkali na naszym osiedlu i co wieczór mogliśmy się im przypatrywać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie gratuluję wygranej! Z przyjemnością wyślę do Ciebie swoją książeczkę, podaj mi tylko adres wysyłki: pelenzlew@gmila.com najpóźniej do najbliższego czwartku PS Chcesz książeczkę z dedykacją? Napisz w mailu dla kogo - dla kogoś czy dla siebie? <3

      Usuń
  15. Świetna sprawa zostać autorem takiej książki, szczególnie że dzieci, to wymagający odbiorcy ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiesz... Ja pamiętam tylko kilka książek z dzieciństwa, które wniosły do mojego (wtedy) małego świata na tyle dużo, że w zasadzie cały czas rosnę razem z nimi. Teraz mam synka i zaczęłam zwracać uwagę na treści. I obrazki. Niestety (a może stety?) patrzę na książki dla dzieci dorosłym okiem. Żadne książki "Piotruś i nocnik" nie wchodzą w grę. Szukam książek, które tak wypełnią świat mojego malucha, jak te kilka pozycji z dzieciństwa wypełniły mój. Czekam, aż będę mogła zweryfikować moje wybory z preferencjami dziecka.

    OdpowiedzUsuń