Virginia Woolf. Opowieść biograficzna, Viviene Forrester


O Virginii Woolf, jej bliskich, ich życiu, uczuciach, myślach dziś możemy jedynie snuć domysły. Owszem, na bazie pewnej porcji faktów, zapisków, dzienników, listów jesteśmy w stanie skonstruować, czy może raczej, odtworzyć ich losy… kto kogo odwiedził, kto gdzie pojechał, kto do kogo pisał. 

Wciąż jednak warto pamiętać, że to, co myśleli czy czuli możemy jedynie składać jak puzzle, o których nie wiemy, jaki mają tworzyć obrazek, bo znaleźliśmy je rozsypane na zakurzonej podłodze, na strychu obcego domu. Możemy oczywiście przypuszczać, że spora ilość niebieskich fragmentów będzie tworzyła niebo, może się jednak okazać w trakcie układania, że przedstawiają wodę… A na strychu jest ciemno. Jest zimno. Układamy, bo skrawki, które do siebie pasują zaczęły nas fascynować. Chcemy odkryć ich tajemnicę, dowiedzieć, co w sobie skrywają te malutkie fragmenciki, ale prawda jest taka, że nawet nie wiemy, czy na podłodze znajdziemy wszystkie elementy układanki. Zdaje się, że lata temu zostały rozsypane, może pogubione, może celowo ukryte… zniszczone? Dlatego warto być ostrożnym przy wysnuwaniu wniosków przed ułożeniem całości. 

Zwłaszcza zapiski w dziennikach czy listy, emocje tam odmalowywane słowem, marzenia, pragnienia, namiętności bywają złudne. Kto prowadzi takie notatki, wie z pewnością, że to często nie odnotowane fakty, a pewna projekcja, zapis chwili, bądź zwyczajnie kreacja. Są przecież w nas emocje, myśli, pragnienia, których wstydzimy się nawet przed sobą. A dzienniki czy listy do najbliższych to często środek na wyrzucenie z siebie ładunku emocjonalnego, nieprzemyślanego, nieracjonalnego, zbyt ciężkiego do udźwignięcia w danym momencie, a jednocześnie jest to przestrzeń na oczyszczenie i przemyślenie, na ochłonięcie. W gniewie, euforii, rozpaczy świat widzimy nieco inaczej. W takich zapiskach często dajemy sobie miejsce na rozprawie się z tym, o czym zwykle się nie mówi, a jeśli już to raczej szeptem. 

By w oparciu o twórczość i intymne zapiski zbudować obraz życia kogokolwiek, potrzeba w mojej ocenie subtelności, taktu i pokory. Sądzę, że każda biografia, a nawet autobiografia, która powstaje nosi w sobie znamiona fałszu. Nie jestem pewna, czy dostatecznie jasno umiem wyłożyć to, co chcę powiedzieć, ale wierzę, że mi wybaczycie tę nieporadność. 

Wiem, że wstęp jest już nieco przydługi, ale pozwólcie na jeszcze dopełnienie wprowadzenia. Otóż, zastanówmy się przez moment, kto też mógłby sięgnąć po książkę Viviene Forrester „Virginia Woolf. Opowieść biograficzna“? 

Jeśli się mylę, poprawcie mnie proszę, ale mam nieodparte wrażenie, że po książki tego typu sięga jednak specyficzny rodzaj czytelników. Podejrzewam, że dla kogoś, kto o Virginii Woolf tylko słyszał, a niekoniecznie zaczytuje się namiętnie w jej tekstach i do tego z założenia w biografiach się nie lubuje, ta książka będzie stanowiła raczej wątpliwą atrakcję. 

Co więcej, sądzę, że po taką książkę, sięgną pewnie ci, którym proza Virginii Woolf nie tylko jest znana, ale których na tyle zafascynowała, by dowiedzieć się czegoś więcej na jej temat. Być może też otarli się o „Godziny“ – czy to w wersji filmowej czy książkowej. 

Może się zdarzyć, że po tę książkę sięgną też tacy, którzy postanowili pod wpływem impulsu zgłębić tajniki życia pisarki, o której nic a nic nie wiedzą, bo jest o niej głośno, bo ktoś polecił, bo lubią biografię... Podejrzewam, że kilku takich się znajdzie,  jednak śmiem twierdzić, że nie będzie ich wielu.

Jest jeszcze jednak grupa czytelników, którzy prozę Virginii Woolf ubóstwiają i o pisarce przeczytali już wiele. I do tej właśnie grupy ja się zaliczam, a mimo to moja opinia o tej książce jest raczej impresją emocji niż wywodem naukowym. Owszem, czytałam prawie wszystkie powieści Virginii Woolf, łącznie z opowiastką dla dzieci pt. „Niebieska zasłona“, czytałam jej opowiadania, dzienniki, listy, biografię autorstwa Quentina Bella, czytałam jej teksty krytyczno-literackie, felietony, czytałam książki, w których jest choćby wzmianka na jej temat. Ale czytałam je na przestrzeni lat i dla własnej, cichej radości obcowania z jej słowem, ze zdaniami, które w moim mniemaniu same w sobie już tworzą często kompozycje tak piękne, że nie sposób mi przejść obojętnie obok tekstu jej autorstwa. 

Nie recenzowałam ich, nie umieszczałam celowo w momentach jej życia, chyba że na zasadach naturalnego skojarzenia, i nie doszukiwałam się w nich argumentów na potwierdzenie tez, bo ich nie wysnuwałam. Nie byłam badaczką, a miłośniczką. Po prostu chciałam ją poznać najlepiej jak się da, jako kogoś, kto istniał, kto oddychał, czuł, myślał, kto gniewał się, był przerażony, kto kochał i cierpiał. Dzięki temu gdzieś obok przy takiej ilości jej słowa we mnie i wokół mnie, zakiełkował obraz istoty, którą być może była, bądź którą być chciała. Nie twierdzę, że jest to obraz prawdziwszy niż ten, który odmalowała Viviane Forrester w swojej książce, nie mam na to ani dowodów i sadzę, że nigdy ich mieć nie będę, bo to, co nam zostało, to tylko domysły, ani też nie mam takich aspiracji, by moja Virginia została uznana za jedyną właściwą, prawdziwą – niepotrzebne skreślić. 

W każdym razie, książka Viviane Forrester jest o tyle ważna, że pozwala spojrzeć pod zdecydowanie innym kątem na postać Virginii Woolf oraz jej otoczenie. Wzbudzi też zapewne sporo dyskusji i kontrowersji, co tak naprawdę bardzo mnie cieszy. Fakty, na bazie których Viviane Forrester oparła swoją opowieść o pisarce, na tyle, na ile mogę to ocenić, nie zostały przekłamane, biografka rzetelnie przygotowała się do pracy i ciekawie przedstawiła swoją koncepcję ich interpretacji. Ale…

No właśnie… Moim zdaniem, gdy ma się określoną tezę do obronienia, to nie trudno tak dopasować fakty i ubrać w dobrze skrojoną sukienkę interpretacji, by cel został osiągnięty. 
A wysnuwanie tak kontrowersyjnych tez bywa wręcz – podkreślę to raz jeszcze, o ile oparte jest na rzetelnym przygotowaniu – wręcz inspirujące. Jest jednak też dość ryzykowne. Ale powolutku... 

Fot. Grzegorz Sz.
Po pierwsze, „Virginia Woolf. Opowieść biograficzna“ autorstwa Viviane Forrester to książka, która w moim mniemaniu powinnam nosić tytuł ze zmienionym imieniem. Sądzę, że w miejscu słówka Virginia, powinno znajdować się imię Leonard.    

Po drugie, w wywodzie Viviane Forrester uderzyło mnie kilkakrotnie to, w jaki sposób odnosi się do poprzednich biografów, głównie mam tu na myśli Quentina Bella, autora książki „Virginia Woolf. Biografia“. Niejednokrotnie w dość ostrych słowach, w mojej ocenie nazbyt ostrych jak na publikację tego typu, starała się zdeprecjonować jego pracę na temat ciotki. 

Nie zrozumcie mnie źle. Chodzi mi tu nie tyle o treść tych oskarżeń, co o formę. Czytając, miałam momentami wrażenie, że uczestniczę w osobistej kłótni między tych dwojgiem, kłótni, która powinna się rozgrywać w miejscu bardziej odpowiednim niż karty książki. 

Po trzecie, tezy, które wysnuwa Viviane Forrester są ciekawe, uargumentowane i zdecydowanie skłaniają do refleksji. W niektórych przypadkach jestem nawet skłonna podzielać jej niepokoje. Jednak mam cichą obawę, że autorka książki w swoich rozważaniach przekroczyła cienką granicę między hipotezą a konfabulacją.

Paradoksalnie, to może świadczyć o jej wielkim przywiązaniu do dzieł Virginii Woolf i do osoby pisarki. Niestety, zapewne mimowolnie, z przygotowanej przez nią bardzo wnikliwej analizy, z zarzutów względem otoczenia Virginii Woolf, a w szczególności względem Leonarda Woolf‘a wyłania się obraz pisarki odmalowany mało korzystanie. A właściwie dwa obrazy, jeden, który Viviane Forrester próbuje zupełnie świadomie stworzyć za pomocą słowa, gdzie pokazuje Virginię Woolf jako silną, spragnioną miłości, pełną emocji, rozbudzoną erotycznie kobietę, która stanowiła oś zdarzeń tamtego czasu i drugi, ten tworzony przez to, co między słowami, nieświadomie zapewne, gdzie okazuje się w moim odczuciu, że pisarka była bezwolną istotą całe życie oszukiwaną i kierowaną przez ludzi jej nieprzychylnych. Obraz osoby wręcz nieporadnej, która tak dalece polega na zdaniu innych, że nie jest w stanie decydować sama o sobie.  
Ustalmy tu od razu, nie jestem zwolenniczką ludzi-pomników, sztucznych uśmiechów i biografii z brązu, które skryć mają niedoskonałości i tym ciekawsza mi się ze wszystkimi swoimi wadami, antypatiami, ciętym językiem, romansami i niejasnościami wydaje Virginia Woolf, ale na obrazy jakie wyłaniają się z książki Viviane Forrester nie chciałabym się tak łatwo zgodzić.  

Virginia Woolf to była myśląca, analizująca kobieta, która wiele przeszła, a przy tym miała do mistrzostwa wręcz rozwinięty zmysł obserwacji, cięty język, a w wielu sytuacjach błyszczała intelektem i była ozdobą towarzystwa wolnego, krnąbrnego i silnego w swojej myśli. To wynika z faktów. Jednocześnie była to osoba tragiczna, targana namiętnościami, popełniająca błędy. Osoba o złożonej psychice. I oczywiście, że na jej życie z pewnością mieli wpływ ludzie wokół niej, oczywiście, czas, oczywiście, zdarzenia. I tak, teza wysunięta przez Viviane Forrester jest ciekawa i wcale nie nieprawdopodobna, chcę po prostu powiedzieć, że mam wrażenie, iż autorka potraktowała Virginię Woolf nie do końca jak żyjącą kiedyś osobę o skomplikowanym wnętrzu, a jako projekcję, jako postać, wręcz literacką, której można dopisać emocje według klucza.    

Moim zdaniem za dużo w tej opowieści biograficznej wniosków, za mało zaś przestrzeni dla czytelnika. 

A do tego atakująca postawa względem Quentina Bella w moich oczach jedynie umniejsza znaczenie słów samej Vivien Forrester. Co zaś się tyczy opowieści biograficznej na temat Leonarda Woolfa – bo jak wspomniałam tak w mojej ocenie ta książka powinna się nazywać – to byłabym jednak ostrożniejsza w wysnuwaniu tak śmiałych wniosków, gdybym miała się opierać jedynie na zapiskach z dzienników małżonków oraz Autobiografii Woolf‘a. Jednak to tylko osobiste odczucie, bo nie mogę tu za wiele napisać, gdyż pokornie przyznaję, że nie czytałam tej ostatniej, ale biorąc pod uwagę też fakt, że autorami zapisków (w przypadku Woolf‘ów) byli literaci, mam wrażenie że z tym większą rezerwą powinniśmy do nich podchodzić. To, co możemy wiedzieć o ich życiu to zawsze będzie namiastka, jedynie nikły cień, którego kształt i tak w dużej mierze opiera się na domysłach, jeśli nie zmyśleniach. Owszem, kształt cienia może być prawdopodobny, wciąż jednak również złudny.

I na koniec, żeby nie pozostawić Was bez przykładu, opowiem Wam o irysach, Leonardzie i Hitlerze. W książce Viviane Forrester wielokrotnie odnajdziemy sugestie, jakby Leonard ożenił się z Virginią z wyrachowania i doprowadził ją na skraj załamania psychicznego aż po wody rzeki Ouse. Czasem są to sugestie bardzo wyraźne, a czasem subtelne, jak ta: 

„Z dumą będzie wspominała w Autobiografii, że pewnego popołudnia, kiedy sadził irysy, Virginia zawołała doń z okna salonu: „Hitler przemawia!“, a on jej odkrzyknął: „Nie przyjdę, sadzę irysy, a one będą kwitły jeszcze długo po jego śmierci“. Warto zwrócić uwagę, iż Leonard zaznaczył w swoich wspomnieniach, że irysy kwitły jeszcze nieprzerwalnie dwadzieścia jeden lat po samobójstwie Hitlera. Że dwadzieścia pięć po samobójstwie Virginii? Tego już nie odnotował. (s. 337)“

Czy rzeczywiście ów fragment na temat irysów i odniesienie po latach do śmierci Hitlera bez wzmianki o żonie świadczy o tym oziębłości Leonarda i jego niecnych postępkach względem żony? Zależy od interpretacji. I kontekstu.  

Śmiem jednak twierdzić, że przy tak prowadzonej narracji, daleko gorzej wypadłby Leonard, gdyby w swojej Autobiografii przy wzmiance o samobójstwie Hitlera dorzucił jednak adnotację na temat samobójstwa Virginii… Dla tak wprawnego pióra jak Viviane Forrester (bo przyznać trzeba, że czytało mi się książkę bardzo dobrze) to nie problem dopisać ciętą ripostę na przykład o… czy ja wiem, ciekawej konotacji w myślach Leonarda – Żyda względem własnej żony i Hitlera, skoro ujął w jednym akapicie wzmiankę o ich samobójczej śmierci… A irysy, przecież bywają żółte. Może właśnie takie sadził Leonard owego popołudnia i to jest nie bez znaczenia? W końcu to kolor zazdrości i zdrady…

Warto pamiętać, że Leonard był literatem. Żył przez lata z pisarką, uwielbianą pisarką, ważną pisarką, która po swojej śmierci jeszcze zyskała na znaczeniu. Jego Autobiografia to wciąż pewna kreacja, to forma, zabieg, to działanie nastawione na uzyskanie odpowiedniego celu. To tekst świadomego siły języka człowieka, który – podejrzewam – wiedział, jaki efekt chce osiągnąć.

Leonard mógł o żonie nie wspomnieć w wyżej przytoczonym fragmencie z tego powodu, który sugeruje autorka, ale też z tysiąca innych powodów. Mógł nie mieć w ogóle nic złego na myśli, mógł przytoczyć dialog dokładnie tak, jak brzmiał, a mógł literacko tworzyć opowieść i w tym momencie historii nie była to opowieść o Virginii, a o jego reakcji na sytuację polityczną i osobę Hitlera w oparciu o pokazanie pewnego procesu w odniesieniu do przemijalności. Kto wie? Chyba tylko Leonard.

Mimo moich zarzutów, a może właśnie z uwagi na nie, książka Viviane Forrester warta jest uwagi i z pewnością jeszcze nie raz do niej zajrzę. Jest to lektura intrygująca i inspirująca, która wzbudza emocje i chęć dyskusji.  

Postanowiłam się więc dać zainspirować i sama odszukać tę moją Virginię, dlatego na koniec zdradzę Wam sekret, że kiełkuje we mnie myśl o stworzeniu czegoś w stylu literackiego projektu. Spodziewajcie się więc niedługo kolejnego tekstu związanego z Virginią Woolf. 

Virginia Woolf. Opowieść biograficzna, Viviane Forrester, przeł. Maria Śledzianowska, Dom Wydawniczy PWN Sp. z o.o., Warszawa 2014, s. 375, ISBN 978-83-7705-614-1


7 komentarzy:

  1. Kiedyś oglądałam spektakl o Virginii i Vanessie. Czytałam i oglądałam Godziny. Czytałam Orlanda i To the Lighthouse. Popatrywałam z zainteresowaniem na tę książkę, ale jednak stwierdziłam, że za mało znam twórczość Virginii, za mało Bloomsbury przeniknęło do mojej wyobraźni. Stwierdziłam, że zaczekam. Ale z przyjemnością przeczytałam o Twoich odczuciach co do autorki i jej podejścia. Będę miała to na uwadze:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jaki to był spektakl? A gdzie? Ja nie widziałam nigdy czegoś takiego, a bardzo bym chciała! VW jest moją literacką miłością od lat, więc nie mogłam się powstrzymać przed przeczytaniem! A teraz czytam "Pokrewne dusze" z Wydawnictwa MG :)

      Usuń
  2. Super tekst! Wiesz, że jesteś moim ekspertem od Virginii? A tak teraz się zastanawiam... Czy Virginia i mój Lewis kiedyś się spotkali? Hm...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie wiedziałam tego, Moja Droga, nie wiedziałam ;) A co do Twojego pytania, to przyznam, że nie dotarłam do śladów Lewisa na ścieżkach Virginii, ale będę szukać - może... kto wie :P

      Usuń
    2. Trzeba to odszukać. Bo wyobraź sobie, że się spotkali... Oooch! To byśmy o tym cały wpis na dwa blogi zrobiły!

      Usuń
  3. Pewnie bezpowrotnie minęły czasy, gdy Virginia Woolf mogła zrobić na mnie jakieś wrażenie. Podobnie jak Sylvia Plath (jakoś razem kojarzę te panie, choć to zupełnie inna bajka). Ale wystarczająco najadłam się Twoją piękną recenzją ;] (i wcale nie za długim wstępem). Nie muszę czytać książki. Poza tym samej Woolf celowo nigdy nie czytałam.

    Za to Twoje zdjęcie mówi jedno: "ha, a ja czytałam!" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, jak ja czytałam :) Bardzo czytałam i czytam :) A Sylvii Plath czytałam kilka wierszy i "Szklany klosz" - jeszcze w tej starej wersji, z małymi literkami, w mniejszym formacie - bardzo, bardzo nie wygodne. To było chyba w liceum... Nie pamiętam już, ale chętnie bym wróciła. Jakoś wtedy poruszyła mnie ta książka. Dzięki, bo bardzo o ten wstęp się bałam i w ogóle o długość tego tekstu...

      Usuń