Szum, Magdalena Tulli

– Żebyśmy mogli przebaczyć, kiedy nikt nie przeprasza – odezwałam się – ktoś w nas musi umrzeć.
– Kto? – spytał łyżwiarz zaczepnie.
– Ofiara. (s. 175)

… czytamy na 175 stronie „Szumu“ Magdaleny Tulli. Jakieś 12 stron przed końcem. I właśnie w tym krótkim dialogu kryje się kwintesencja. Byśmy mogli przebaczyć, musi w nas umrzeć ofiara, a „Szum“ to opowieść o trudnej, bardzo bolesnej sztuce zabijania tej ofiary w sobie samym. 


I w zasadzie na tym mogłabym zakończyć swoją recenzję, bo cokolwiek napiszę, to wciąż będzie za mało, by oddać z należytym szacunkiem cały ogrom mądrości, jaki mieści się w „Szumie“ Magdaleny Tulli, a jednocześnie za dużo, przy nieporadności mojego języka. W tej książce jest po prostu już wszystko, co powinno zostać powiedziane, a ja, prawdę mówiąc, nie wiem jakie słowa miałabym dobrać, poza tymi, które albo już w powieści padły, albo które wprost powiedzą, że tę książkę trzeba przeczytać. I to przeczytać nie w międzyczasie, nie, ponieważ wypada, dlatego, że się o niej mówi. I nie kiedykolwiek. Przeczytać ją trzeba wtedy, kiedy czuje się, że to jest ten moment, że to jest ta historia, która właśnie teraz jest odpowiednią, bo takie książki jak „Szum“ mają niesamowitą zdolność dobierania czytelników. Pojawiają się zwykle nieśmiało gdzieś na horyzoncie i cichutko ale konsekwentnie domagają się uwagi.

Ta proza zamieszka głęboko w Tobie, nie oczekuj jednak, że będzie Cię grzać jak ciepły koc w zimowy wieczór. Raczej przygotuj się na kłótnię, a nawet złość, bo ta opowieść będzie nieznośna, drażniąca, a nawet doprowadzi Cię do łez wściekłości splecionej z bezsilnością i niezgodą na zastany los. Zanurzysz się w niej, jak w nieprzyjemnym, ale hipnotyzującym śnie, którego obrazy wymalowane są w szarościach, a świat lubuje się w tym najstraszniejszym rodzaju ciszy… I mimo, że nie będzie to miłe uczucie, to coś będzie Ci szeptało, żeby dotrwać do końca, żeby nie zostawiać na pastę losu tej dziewczynki, żeby pomóc jej chociaż obecnością.

A poza nią, córką swojej matki, jest jeszcze jej matka, on, syn swojej matki, jego matka i cała rzesza osób postronnych, a jednak nie mniej ważnych.

Główny problem leży w tym (tak przynajmniej wydaje się na początku), że oto ona, córka swojej matki, nie jest odpowiednio normalna. Jest za głośna. Nie odrabia lekcji. Dopomina się uwagi, ba! może nawet śmie marzyć o matczynej czułości czy rodzinnej miłości! Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie zasługuje. Nie spełnia wymogów. No i jest jeszcze on, syn swojej matki, czyli siostry jej matki. Może gdyby go nie było, albo gdyby był równie niedostosowany, jak ona, byłoby inaczej. Może wtedy, bez tak wyraźnego kontrastu, byłoby łatwiej. Ale był, jaki był. W końcu jego matka zawsze miała 200% pewności, więc i on musiał być lepszy.

No właśnie… bo jego matka wierzyła, że wszystko zależy od niej, a jej matka wierzyła, że nic od niej nie zależy. Obie nie miały racji. Co nie przeszkadzało im, by wspólnie czuć się silniejszymi, a ich podwójna siła miała niszczącą moc.

A przecież  „z dzieckiem jest jak z pudełkiem – zauważyłam. – Trudno wyjąć coś, czego się nie włożyło.“ (s. 59) Jej matka oczywiście uważała inaczej. Co więcej, jej matka uważała, że ona, córka, nie ma prawa odczuwać skutków czegoś, o czym nie wie, czegoś, co jej bezpośrednio nie dotknęło, czego nie przeżyła. Przecież nawet nie było jej wtedy na świecie. A trzeba przyznać, że nie wiedziała o ogromie cierpienia i bólu. Nie wiedziała, bo podobno ich „(…) świat nie pomieściłby przeszłości, brakowało mu głębi lat: był jak płytka kałuża, w której odbija się dzisiejsze niebo i może jeszcze wspomnienie wczorajszego. Powierzchnia rzeczywistości wydawała (…) się nieskazitelnie gładka, bez żadnej szczeliny, przez którą mogłaby przeniknąć najmniejsza wątpliwość. (…) Ślady przeszłości dostrzegał ten, kto wiedział, w które miejsce patrzeć.“ (s. 91) Ona, córka swojej matki nie wiedziała. Bo też niby skąd miałaby wiedzieć. Przecież od najmłodszych lat była wychowana w braku. Braku dotyku, braku miłości, braku rozmowy, braku zrozumienia. Jej środowiskiem naturalnym była pustka. Jej matka zdaje się nie wiedziała, że owszem, „śmiertelnej rany można się wyprzeć, lecz wtedy będzie ją nosił ktoś inny. Przechodzi na potomstwo przez powietrze. Przez milczenie.“ (s. 170) I na nią, córkę swojej matki, przeszła właśnie taka rana. Przeszła i na niego, syna jego matki, nawet jeśli nie chce się do tego przyznać. I ona, choć nie była świadoma tej rany, to czuła ją… Sama powiedziała:

„Po lekcjach wracałam do domu. Kładłam się na kanapie i jechałam na niej przez puste przestronne popołudnia, trochę drzemiąc, przykryta paltem jak zmarznięta pasażerka w nieogrzewanym przedziale kolejowym. Byle dotrzeć do ostatniej stacji wieczoru, na której czekała mnie przesiadka do wanny z gorącą woda. Tę głupią, martwą rozpacz skądś znałam, rozpoznawałam ją jako rzecz najbardziej pierwotną w moim życiu, coś, od czego się ono zaczęło, jego przewodni wątek.“ (s. 118)

Dlatego też próbowała się jakoś ratować. Walczyć, dostosować się, pokonać. Kiedyś nawet miała w sobie dziewczynkę, która połamała krzesło, ale ta dziewczynka „wyprowadziła się do lasu. Zamieszkała w przestronnej, wygodnej norze, pewnie po niedźwiedziu, i spała w niej na posłaniu z suchych liści. Nie wzięła ze sobą zeszytów ani budzika. Żywiła się orzeszkami laskowymi, jak wiewiórka. Do łupania orzeszków używała kamieni. W lesie mogłaby wrzeszczeć bezkarnie, ale odkąd się tam wyniosła, nie było już powodu i nie miała chęci.“ (s. 50) Kiedy czytałam „Szum“ żal mi było tej dziewczynki. Ona mogła dać sobie radę. Kurcze, ona naprawdę mogła pomóc tej małej! Wystarczyło, by ktoś zrozumiał, dlaczego krzyczy. Ale oczywiście łatwiej było nałożyć karę, ośmieszyć, poniżyć. Łatwiej było zdusić… Sądzę, że chcieli ją zabić. Oni wszyscy, którzy lepiej wiedzą, albo udają, że nie widzą.


Był jeszcze lis. W mojej ocenie to najlepszy przyjaciel tej małej. Innymi słowy, sama sobie była najlepszym przyjacielem. Bo przecież to wszystko to ona. W tej książce, choć język jest piękny i sugestywny, choć na każdej stronie mam znaczniki i podkreślone kolejne zdania, to nie forma zachwyca i porusza, ale opowieść. Tu fabuła warunkuje każde kolejne zdanie. Nie ma nic zbędnego. Ani jednego słowa nadto, co być powinno. I chociaż książka ma niecałe 200 stron, to jest ogromna w emocjach, w kolejnych otwieranych warstwach, które rodzą kolejne myśli!

Zgadzam się, jej matka i jego matka nie miały łatwego życia. Można mnożyć usprawiedliwienia. Oczywiście, rozumiem okoliczności łagodzące. I zdaje się, że ona też je dostrzegała, przecież sama powiedziała, że ich (…) podłoga, która na pierwszy rzut oka cała była z solidnej bukowej klepki, w rzeczywistości tu i ówdzie kryła w sobie niewidoczne otchłanie. Nieuważne stąpnięcie mogło dla matki – tylko dla niej – skończyć się upadkiem przez wiele pięter, przez więcej, niż ich miał nasz dom, prosto na plac apelowy. W takich warunkach, nie mogąc liczyć na pewny grunt pod nogami, matka musiała radzić sobie z życiem, w dodatku musiała tak sobie z nim radzić, żeby nie zostawić żadnych śladów szamotaniny – trud miał pozostać niewidoczny.“ (s. 59)

Szum, Magdalena Tulli, Znak, Kraków 2014, ISBN 978-83-240-2625-8, s. 189




19 komentarzy:

  1. Ten cytat na początku... Te wszystkie Twoje i Tulli słowa. A ja na ten Szum patrzyłam z lekkim pobłażaniem (nie wiem skąd się to wzięło). A teraz... teraz jestem zdezorientowana. I wiem, że muszę przeczytać. Muszę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze rozumiem to zdezorientowanie, bo szczerze mówiąc, choć wiedziałam o czym będzie ta książka i chciałam ją przeczytać, to pamiętam, jak do mnie przyjechała i pomyślałam: a spoko, niecałe 200 stron, szybko pójdzie... Nawet nie wiesz, jak mi jest wstyd za tą myśl. Aż mi się zrobiło jakoś nieswojo, kiedy o tym sobie przypominałam, gdy doczytywałam ostatnie zdania. To jest naprawdę dobra proza i bardzo głęboka, emocjonalna opowieść.

      Usuń
  2. Strasznie jestem ciekawa Tuli. Patrzyłam na nią przy Szpilkach. I teraz Szum... Cicho do mnie szepcze, zachęca okładką, wali w łeb Twoją świetną recenzją. Chyba powinnam się ogarnąć i ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Włoskie szpilki" też mam, gdybyś była zainteresowana ;) Przyznaję, okładka "Szumu" jest niesamowita. I trochę podstępna, bo usypia Twoją czujność. Choć z drugiej strony, jak dla mnie w tej powieści dochodzimy do tak zwanego szczęśliwego zakończenia. Może nawet więcej niż jednego... Powinnaś przeczytać, zdecydowanie.

      Usuń
  3. Tak pięknie napisałaś o tej książce... A do tego wspaniałe cytaty, które dają do myślenia. Ach, muszę przeczytać "Szum".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) To była trudna recenzja. Wiele strun we mnie ta książka poruszyła i potrzebowałam czasu, by dojść do tego, co chcę o niej napisać. Ale to zdecydowanie ważna powieść. I językowo świetna.

      Usuń
  4. "Z dzieckiem jest jak z pudełkiem..." - ładnie ujęte. Cytaty zachęcają, poszukam i przeczytam... :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Tulli ujęła mnie swoimi "szpilkami". Od tamtej pory czekam na "Szum", bo zdaję sobie sprawę, że tematy które poruszyła w "szpilkach" nie zostały doprowadzone do końca. Nie myliłam się.
    Dzięki Ulko za ciekawą i wciągającą recenzję, która potwierdza me odczucia względem "Szumu".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem bardzo ciekawa Twojej opinii o tej książce, Alicjo - daj koniecznie znać, jak będziesz już po lekturze. A "Szpilki" będą świetną bazą dla tej książki.

      Usuń
    2. Ulko.
      Jeśli mogę, zamieszczam swoich kilka zdań o "szpilkach":
      http://www.pasikonik.org/Pasikonik/start/Wpisy/2013/12/10_Niekochane_dziecko.html
      Nie wiem, czy coś napiszę o "Szumie", bo Tulli pisze tak, jakby znała też moje dzieciństwo...

      Usuń
  6. Pięknie napisałaś. Ja "Szum" skończyłam czytać właśnie dzisiaj i bardzo głęboko we mnie teraz siedzi ta powieść. Zresztą to są emocje tak mroczne, tak mocne, że pewnie trudno będzie o nich zapomnieć jeszcze przez długi czas. I ten pierwszy cytat z Twojej recenzji - też go dzisiaj podkreślałam, też nad nim myślałam...

    "Włoskie szpilki" były świetne i przekonuję się coraz bardziej, że Tulli jest świetną pisarką. Zresztą byłam też na spotkaniu autorskim i zrobiła na mnie ogromne wrażenie po prostu jako osoba. Taka skromna, naturalna, mądra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. On jest tak wymowny - po prostu dźwięczy mi w głowie! Moim zdaniem Tulli jest świetną pisarką i bardzo wyrazistą, pełną mądrej pokory osobą. Czytałam niedawno wywiad w "Nowych książkach" z nią i jestem wprost urzeczona prostotą ale też siłą jej wypowiedzi.

      Usuń
  7. Coś dla mnie. Nie zam jeszcze tej pisarki. Zachęciłaś mnie, muszę poznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo chętnie poznam Twoją opinię o tej książce po lekturze - bo lekturę polecam zdecydowanie. W mojej ocenie to jedna z najlepszych polskich pisarek!

      Usuń
  8. Ciekawa recenzja. A "Szum" mam w najbliższych planach. Po każdej kolejnej recenzji utwierdzam się w przekonaniu, że to książka dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Daj znać, jak będziesz po lekturze, jakie są Twoje wrażenia. Myślę, że to książka, która sama wybiera sobie czytelników, jeśli więc kusi Cię, chodzi Ci po głowie, to koniecznie po nią sięgnij :)

      Usuń
  9. Intensywna i wartościowa lektura, choć faktycznie chwilami dość nieprzyjemna emocjonalnie. Cieszę się, że tak przeżyłaś:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ten cytat na początku Twojej recenzji powinien pojawiać się w każdym materiale marketingowym tej książki. Napisałaś pięknie, dawno nie czytałam tak dobrej recenzji.

    OdpowiedzUsuń