spotkanie autorskie: Mariusz Sieniewicz

Książki, o których rozmawiam podczas spotkań autorskich są dla mnie wyjątkowe. Nawet jeśli czytałam je wcześniej, to przed spotkaniem i tak czytam je po raz kolejny. Nosze je w torebce, zabieram w podróże i na spacery, kładę pod poduszką przed snem.


Mariusz Sieniewicz, z którym miałam przyjemność prowadzić wczoraj spotkanie powiedział o moich "Walizkach hipochondryka" (właśnie... moich, czy swoich? I to wcale nie jest jedynie pytanie natury gramatycznej...), że są wymiętolone i pobazgrane. Są. To prawda. Takie ich prawo, sporo ze mną przeszły. I każdy zagięty róg czy podkreślenie ma swoją opowieść.   

Tak, wiem, powinnam była już dawno napisać recenzję "Walizek", ale wciąż nie potrafię dobrać odpowiednich słów. Nawet teraz, kiedy tak wiele już o nich myślałam i tak długo rozmawiałam. Nie o książce jednak chciałam Wam dziś opowiedzieć, a o wczorajszym spotkaniu właśnie i o walizkowym charakterze pamięci... 

Kto był wczoraj w Planecie 11 na spotkaniu, ten wie, że już od progu unosiły się tam opary absurdu. Bo oto wchodzisz, Drogi Czytelniku, do biblioteki, a znajdujesz się na oddziale. Teoretycznie chirurgii, ale czy to na pewno nie psychiatryk? - myślisz sobie...


Jakieś dziewczę w białym kitlu z doczepionym kołnierzyka identyfikatorem, na którym wypisano: Siostra Morfina biega między zebranymi i konspiracyjnie szepcząc "bo pan autor źle się czuję... to dla bezpieczeństwa" wciska maseczki chirurgiczne... na drzwiach wejściowych pojawia się ni stąd ni zowąd karteczka o dość zaskakującej treści, że spotkanie odwołano, a przecież sala po brzegi wypełniona... i w końcu na stoliku przy wejściu, zamiast zwyczajowych ciasteczek, ewentualnie kawy i herbaty, witamina C, wapno, bandaże, chusty trójkątne...


Spokojnie, wszystko jest pod kontrolą... myślisz sobie... to przecież tu, adres się zgadza. I może to nawet lepiej, że ta biblioteka to jakby szpital... nawet jeśli zrobi Ci się trochę duszno... nieco nieswojo, to przecież jest na sali lekarz! 


Bo Mariusz Sieniewicz wczoraj stał się Doktorem Ketonalem, a na nasz biblioteczny oddział przyjęliśmy Emila Śledziennika, pisarza, hipochondryka... Przyznaję, bawiliśmy się całkiem dobrze wymyślając kolejne atrakcje wieczoru. Ale nie o to w tym wszystkim chodziło, by się bawić, a o to, by z tej zabawy wyprowadzić rozmowę już nie na tak zabawne tematy. 

Bo rozmawialiśmy o hipochondrii jednostki i hipochondrii narodu, czy zbiorowości, jak kto woli... o niezdrowym pragnieniu, by świat nam współczuł, bo przecież cierpienie uszlachetnia. I o tym, że język jest jak jazz dla Mariusza Sieniewicza jest jak jazz, a jeśli miałby decydować, co chciałby po sobie zostawić to właśnie frazę, słowo, język. 


I rozmawialiśmy o tym, że w zasadzie wszystko sprowadza się do znieczulenia. Że zbrodnie, wojny, tragedie dzieją się obok i tylko czasem uda nam się jakby wybudzić z zamroczenia morfiną, pyralginą, ketonalem naszych czasów i nagle okazuje się, że kobieta, lat 47, która zginęła w wypadku to czyjaś matka, żona, córka, czyjaś przyjaciółka. Może moja? Że miała imię, kolor oczu i ulubione danie i że co sobota piła kawę z mlekiem i cynamonem o 10:00. Że nie jest kolejną szarą postacią w pochodzie istnień. 

Rozmawialiśmy o wielu innych kwestiach mniej lub bardziej poważnych, a ja mam wrażenie, że nie powiedzieliśmy w zasadzie prawie nic. Że moglibyśmy tak rozmawiać jeszcze przez wiele godzin, a i tak tematów tylko by przybywało. 

W spotkaniach autorskich i recenzjach dla mnie najgorsze jest to, że trzeba pilnować się, by nie zdradzić za wiele, że trzeba brać pod uwagę tych, którzy nie przeczytali jeszcze, a których chcemy zachęcić, by po książkę sięgnęli. A jak rozmawiać o literaturze, bez wchodzenia w szczegół? Bez kontekstu zakończenia? 

Kogo nie było, niech żałuje, a kto będzie miał okazję być na spotkaniu z Mariuszem Sieniewiczem, niech jej nie straci. Naprawdę warto. 

A jeśli macie ochotę zobaczyć więcej zdjęć z wczorajszego spotkania, zapraszam na Facebook/Pełen Zlew. 

Zerknijcie również na nagrania prezentowane podczas spotkania. Cztery fragmenty powieści "Walizki hipochondryka" w świetnej interpretacji Marcina Kiszluka, aktora Teatru im. Stefana Jaracza w Olsztynie >>> TU.

A na zachętę, pierwszy...


PS A wiecie, że Mariusz Sieniewicz dołączył jakiś czas temu do blogosfery? Klik ;)  

4 komentarze:

  1. Ach cudne to było spotkanie! Doktor Ketonal... Siostra Mofrina! I te witaminki.... macie ich więcej? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach mamy, mamy ;) ale musisz wpaść pod wiadomy adres ;P

      Usuń
  2. OMG! Ale świetny pomysł na spotkanie :) Podziwiam, bo ja to niby wygadana jestem,ale takiego spotkania chyba bym nie poprowadziła, bo albo bym zagadała na śmierć, albo się zacięła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to Szymborska zdaję się napisała, że wiemy o sobie tyle, ile nas sprawdzono. Mogłoby się okazać, że właśnie świetnie byś sobie poradziła :)

      Usuń