wywiad: Krzysztof Varga

O tym, czego nigdy by nie zjadł i o tym, co sprawia mu radość... czy prowadzi dziennik... i że podsłuchuje... rozmawiałam z Krzysztofem Vargą już jakiś czas temu. I tę właśnie rozmowę możecie znaleźć w najnowszym numerze Magazynu Literackiego Książki a żeby zaostrzyć Wam apetyt, na moim blogu zamieszczam jej fragment. Zapraszam do lektury!

Urszula Witkowska: Dawno, dawno temu, w nie tak znów odległej krainie napisałeś „45 pomysłów na powieść“…

Krzysztof Varga: Prawda.

Opowiadania, impresje literackie, nawet mikropowieści zamknąłeś w tym tomie, a tu tyle lat minęło, tyle Twoich książek się ukazało. Z perspektywy, masz kolejnych 45 pomysłów na powieść czy tamte wciąż są interesujące?

Zabawne, że o to pytasz, bo właśnie ta książka została ostatnio wznowiona. Strony B singli 1992–1996 oraz Bildungsroman razem z tekstami z „45 pomysłów na powieść“ wydane zostały nakładem Czarnego. Inna sprawa, że rzeczywiście nie mam więcej takich pomysłów, bo prawdę mówiąc, nie potrafiłbym już takiej małej formy uprawiać.



Jaka w takim razie jest dla Ciebie różnica między pracą nad małą formą, a pracą nad powieścią?

Cóż, wszyscy mówią, że taka mała forma jest trudniejsza, bo trzeba się zmieścić… Jeśli chodzi o „45 pomysłów“ to były właśnie takie raczej impresje, a nie do końca opowiadania w pełnym tego słowa znaczeniu. Jeśli mam być szczery, to taka forma mnie już nie interesuje. Natomiast myślę coraz częściej, że chciałbym wrócić do klasycznych opowiadań. Takich na kilkadziesiąt stron. To jest dopiero trudna forma! Bo wiesz, możesz usiąść i walnąć powieść, co będzie miała 200-300 albo 500 stron, natomiast jeśli chciałoby się zmieścić w określonej ilości, na przykład 20 stron, opowieść i sprawić, żeby historia się wydarzyła, została opowiedziana, to jest bardzo trudne. Wymaga wielkiej dyscypliny.

Pierwszy kontakt z książką jest ważny. Jeszcze wtedy się nie wie, co jest między okładkami. A między okładkami bywają różne rzeczy, na przykład dzienniki pisarzy. A Ty, prowadzisz dziennik?

Nie.

Dlaczego?


Nie wiem. Chyba nie jestem na tyle odważny. Bo to trochę się zmieniło, w kwestii tych dzienników. Mam wrażenie, że dziś dzienników nie pisze się dla potomności. Dziś pisze się dzienniki od razu do druku. Na przykład Stefan Chwinn czy Jerzy Pilch. A kiedyś pisano tak, by można to było wydać dopiero po śmieci autora. W ogóle mam wrażenie, że dziś dziennik ma inną formę. Nie może być tak osobisty, jak kiedyś. Ale może być kroniką życia kulturalnego, politycznego. I w tym sensie jest to kuszące. Ja mam takie poczucie pisząc felietony, w których się odnoszę do aktualnej sytuacji kulturalnej ale gdybym ich nie pisał, to kto wiem, może pisałbym dziennik.

Bo przecież emocje powinny mieć ujście. Poza tym, teraz wchodzi kwestia social mediów - blogosfera, Facebook itd. To chyba stanowi pewnego rodzaju wentyl społeczny.


Absolutnie tak. No i właśnie, w takim świecie, jak ten dziennik miałby wyglądać? Miałby być kroniką dzisiejszych dni? I dla kogo miałby być pisany? Czy rzeczywiście kogoś za 20 lat to będzie w ogóle obchodziło?

Jednego z Twoich bohaterów uszczęśliwiała muzyka klasyczna, a Ciebie co uszczęśliwia? Pytam o takie proste, codzienne radości?


Muzyka jest jedną z takich radości również dla mnie. W ogóle jestem taką osobą sensualną, odbieram zmysłami… zapachem, smakiem… Drobne przyjemności są ważne. Szczęście dla mnie nie jest stanem permanentnym. Jeżeli ktoś mówi, że szczęście odczuwa cały czas, to jest moim zdaniem wariatem albo jednak troszkę oszukuje. Szczęście to moment, kiedy czuje się, kiedy każdą komórką się czuje, że jest dobrze. Jeśli chodzi o muzykę, to muszę przyznać, że słucham dużo i różnej. Mam grubo ponad 1000 płyt w domu i co ciekawe, im jestem starszy, tym bardziej otwarty! Nie tylko w odniesieniu do muzyki. Kiedy byłem młodszy, byłem bardziej konserwatywny. Muzycznie też. Słuchałem wtedy punk rock‘a, rock‘a.
Poszukujesz?

I tu właśnie wracamy do szczęścia. Chyba tak, bo jeśli się szuka, to w końcu się znajdzie ten moment szczęścia… Gorzej, jeśli ktoś jest wyłącznie biernym odbiorcą i łyka tylko tę papkę z tego, co mu się da.

Łyka, papka… to przejdźmy do jedzenia i porozmawiajmy o smaku w takim razie. W Twoich książkach dużo jest jedzenia. Jesteś w stanie powiedzieć, jaka Twoja ulubiona potrawa, a jakiej byś nigdy nie wziął do ust?


Chyba węża bym nigdy nie wziął do ust. Chociaż… to są w sumie kwestie kulturowe. My na przykład nie zjemy nigdy psa, kota… bo to przyjaciele. A węża czy szczura nie, bo się brzydzimy. Ale z drugiej strony, jeśli już jestem gdzieś, jeśli mam możliwość spróbowania czegoś, czego normalnie pewnie bym nie zjadł, staram się przełamywać. Jadłem na przykład gulasz z jąder kogucich. Były w całości i miały konsystencję pasztetu… powiedzmy… Są trochę mdłe. Były jeszcze kogucie grzebienie. I muszę powiedzieć, że zjadłem to bez obrzydzenia. Ale też bez entuzjazmu…

A Twoje ulubione smaki?

O rety… chyba nie wiem. Jeśli ktoś je różne rzeczy, to raz ma ochotę na kuchnię śródziemnomorską, a raz na węgierską, raz na orientalną. I ja też nie jestem w stanie wybrać.



A czy nie jest trochę tak, że poznając smaki danego miejsca, poznajemy jego wnętrze?

Według mnie nie da się poznać kraju w pełni, jeśli się nie wejdzie w jego smak, w jego kuchnie właśnie. Jeżeli ktoś jest radykalnym weganinem, to te podróże, które będzie odbywał, według mnie będą niepełne o ten smak właśnie. Żeby poznać kraj, trzeba poznać jego wszystkie aspekty. Zaryzykować. To się musi ułożyć w całość.



4 komentarze:

  1. No cudo! To o smakach szczegolnie, jedzenie jest za dobrr, by wybierac!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I cała prawda w tym, że jeśli ktoś nie zatraci się w smaku miejsca, to tak, jakby nie w pełni je poznał, nie poczuł. Chociaż ja bym węża też nie zjadła... raczej :P

      Usuń
    2. Bo zwiedzanie zaczyna się od jedzenia. Wąż... hmm... pająka bym nie zjadła! I mózg żywej małpy też. Ale węża... Uli, nie masz pomysłu na obiad? :P

      Usuń
    3. No tak, dopiero przeczytałam komentarz... i no tak... jest o jedzeniu :P

      Usuń