#codzienność: Spóźnione trzy radości - dzień 3 (no może nieco więcej niż trzy)

Dobrze więc... i znów tu jesteśmy, a jakby prace się nie posunęły. Ambitny plan zakłada, że dziś już powinno się udać. Emocje nieco opadły, głęboki oddech wzięty. Czas zabrać się za pisanie. 

Z sześciu radości zrobiło się dziewięć, co zmusza mnie do przyjęcia taktyki ratunkowej. Nie wiem, czy ktoś z Was już ją kiedyś stosował, ale ja sięgam po nią dość często. Wygląda to mniej więcej tak... po krótkim, acz zażartym dialogu wewnętrznym zmuszam się do zrobienia czegoś teraz, już, natychmiast. Zwykle zaczynam od przygotowania miejsca do pracy. Ale to może być też zrobienie herbaty na przykład. Chodzi o to, by się po prostu ruszyć, wykonać aktywność. Teraz. Byle nie jutro. Jutro to bardzo złe słowo. Poważnie. Jak tylko rozleje się we mnie ciepłe poczucie jutra, jest źle... mój umysł łapie argument, którego nie jestem w stanie pokonać i kończy się nową adnotacją na liście rzeczy do zrobienia...

Tak więc dziś. Teraz. A jak teraz, to bilans. Rzecz ma się nieciekawie, przyznaję. O ile jeszcze dzień pierwszy i jego trzy radości jakoś niesamowicie terminowo zostały opisane, to już Dzień drugi wprawdzie udało się okiełznać...  ale już z lekkim spóźnieniem. I zaczęły się schodki. Najlepiej będzie więc, jak po prostu przejdę do rzeczy. Było więc tak...

Sobota, 9 sierpnia, dzień trzeci. Ja wciąż w Warszawie. My, w zasadzie. Oczywiście nie udało mi się wstać na tyle wcześnie, by zwiedzić Warszawę o świcie. Ale na swój sposób to też radość. W końcu, nie tylko mam cel kolejnej podróży, ale jeszcze się wyspałam!

A jak już się człowiek wyśpi, to wiadomo, chce jeść. Wiem, wiem... że ja tak ciągle o tym jedzeniu, ale co mam zrobić, kiedy to mi sprawia tak wiele frajdy? Poza tym, mój tata zawsze powtarza, że śniadanie to najważniejszy posiłek dnia, jak więc mam nie słuchać własnego ojca?
Wyruszyliśmy na poszukiwania. Stwierdzam, że Warszawa w sobotę około 8:00 jest wciąż jeszcze zaspana. Dreptaliśmy, dreptaliśmy, ja robiłam mnóstwo zdjęć, właziliśmy w różne dziwne bramy, oglądaliśmy podwórka aż nagle zobaczyliśmy coś takiego...


Jak sami rozumiecie, nie mogłam nie sprawdzić... weszliśmy w bramę, a tam niepozorny ogródeczek, w zasadzie dopiero rozstawiany, jakaś grupa robotników, która wygląda tak, jakby zaraz miła zacząć coś wiercić i przybijać tylko jeszcze przerwę mają, wiecie, na kawę. Nie żeby robiło jakieś wyjątkowe wrażenie, ale... było tam to...


Zostaliśmy więc. Przyszła miła Pani, wokół nas nagle wszystkie stoliki się zaludniły. Nie miałam pojęcia skąd wzięli się Ci wszyscy ludzie, bo przecież przez "naszą bramę" nie weszli?! Widziałabym! I wtedy nas olśniło... bo to było tylne wejście... I tym sposobem trafiliśmy do kawiarenki Bułkę Bibułkę! Śniadanie tam, jak marzenie! Naprawdę, świeże pieczywo, pyszny miód lawendowy i czekolada do smarowania i moje, nie wiem dokładnie co, ale fantastyczne! Bardzo polecam! A koktajl z pietruszki... aż mi żal, że nie wypiłam drugiego!





Po śniadanku nastąpił czas na radość numer dwa, czyli spotkanie z Aną. No tak, widziałam się z nią poprzedniego dnia, oczywiście, ale wiecie... z chłopakami to nie to samo... No przepraszam, ale poważnie. czasem dziewczyny muszą sobie pogadać. A nawet jak nie gadają, to wystarczy, że tak sobie pobędą razem.

Odwiedziłyśmy z Aną... a no booo... moja Ana to też blogerka! Tak. Jeśli jeszcze u niej nie byliście, to serdecznie polecam - Gabinet osobliwości  (szczególnie polecam wpis o naszym wyjeździe na Wiatrak Artystyczny... płakałam ze śmiechu...  co gorsza, to wszystko prawda, co tam Ana wypisała)... tak więc odwiedziłyśmy z Aną Wedla. Wiecie - czekolada. Rozumie się samo przez się!

I ja tam byłam pierwszy raz! I to było jak, jak...sama nie wiem... jak Kraina Czarów... zjadłabym wszystko! Naprawdę. W każdej ilości. Jedyne, co mnie powstrzymywało to racjonalna myśl, o stanie portfela. I te panie, przesympatyczne, w tych fartuszkach, jakby na starych pocztówkach. No cudo!




A w ogóle to naszła mnie refleksja, że lato czasem krzywdzi miejsca. Bo prawda jest taka, że kiedy kusi ogródek w danym lokalu, często nawet nie zaglądam do środka. Gdyby nie silna potrzeba kupienia tam prezentu dla Damiana, pewnie nawet by mi nie przyszło do głowy - wiem, wiem... czasem człowiek miewa takie pomroczności - żeby zerknąć. Także postulat na dziś - zaglądajcie do wnętrz lokali, w ogródkach których bywacie! Możecie odkryć cuda.

Ale, idźmy dalej... po czekoladzie, spacer, po spacerze niekontrolowane zakupy w księgarni... tam były książki za 10zł! No nie mogłam się powstrzymać! Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, że kupiłam duuużo ale tylko dla innych, dla siebie nie kupiłam ani jednej książeczki. (Wiem, głupia jestem, też jak teraz o tym myślę, dochodzę do takich wniosków... trzeba było wziąć po prostu większą torbę.)

A później... HA! Moja wielka radość dnia... Pierwszy raz byłam w Zoo!!!!! Tak, pierwszy raz w życiu! I Zoo... poza ekscytacją pierwszego razu nie robi aż takiego wrażenia, jak sądziłam... to chyba przez ogrom ludzi... masę ludzi, mnóstwo ludzi... bardzo było ich dużo wszędzie... a miały być zwierzęta... ale i tak było tam rewelacyjnie, jak sobie wyobrażałam, że nie ma tych wszystkich ludzi. I widziałam wreszcie żyrafę i żyrafiątko!!! I lwa i pingwiny i takie fajne żabki małe i weszłam do takiego pokoju, gdzie była strefa wolnego lotu i czułam się jak w bajce. Tak, poza tym, że ludzi było bardzo dużo, to Zoo było zupełnie w porządki! Ale najbardziej rewelacyjne było to, że spędziłam ten czas z Przyjaciółmi. A, no i do tego Zoo to jechaliśmy tramwajem i metrem i z przygodami. I to też było radością dnia!


Tramwaj!







Wiecie, czasem jak ktoś coś mówi, a ktoś inny się dopytuje: 
co, co? to ludzie mówią "pstro", prawda? A ja zawsze wtedy 
mówię "tukan" :D

Po Zoo przyszedł czas na ślub. Bośmy w sumie po to przyjechali. Nie wiem, czy wspominałam...


A po ślubie wyruszyliśmy na kolejny etap zwiedzania Warszawy, tym razem o zmierzchu. I muszę Wam powiedzieć, że nie mamy się czego wstydzić. Stolica ma swój urok, piękne miejsca, boczne uliczki, ciekawe sklepy, kawiarenki i klimat. O Warszawie po mojemu jeszcze Wam kiedyś napiszę, więc nie będę przedłużać tego i tak najdłuższego wpisu świata, bo sporo jeszcze przed nami, ale zerknijcie tylko na kilka zdjęć z rana i wieczora, czyż nie jest prześliczna?!









Żeby było mało, spotkaliśmy się z Mają z Wiecznie Zaczytanej i Boomerem z Wędoblogerskiego. I to właśnie dzięki nim dowiedziałam się o nowym dla mnie, a starym dla Warszawy miejscu, które - jak się okazało - właśnie tamtego wieczoru żegnało się ze swoimi klientami. Grawitacja przy Browarnej 6 zrobiła na mnie świetne wrażenie, a przesympatyczna Wiola, która traktowała gości jak starych znajomych i przepychała się co chwila do szafy za naszym stolikiem dodała sporo uroku miejscu. Maja i Boomer pomknęli po występie Grupy Improwizacyjnej Paranoja na seans pod gołym niebem, a my zostaliśmy, by spędzić jeszcze kilka chwil w tym niezwykłym miejscu.








Maja z Wiecznie Zaczytanej i Boomer z Wszędoblogerskiego u szczytu
stołu, a bliżej Jakub i Arek :)

I nie, to wciąż jeszcze nie koniec... Ale może dam Wam już dziś odpocząć i przeczytamy się jutro? Bo i tak mam niemiłe przeczucie, że mało kto dotrwa do końca tego wpisu. Jeśli jednak komuś się uda, proszę, wrzućcie uśmiech w komentarz :)

PS No tak, ja tu, jak zawsze taka jakaś rozmemłano-romantyczna, a Ana widzi nasza wizytę jakby bardziej rozrywkowo... Zerknijcie ;)

3 komentarze:

  1. Jutro jest genialnym argumentem na wszystko, wiem, sama go stosuję, znam się na wykorzystywaniu go w chwilach, gdy mam najwięcej do roboty... Jak prześlicznie wyglądało Twoje śniadanie! :O Koktajl z pietruchy? Oj, nie dla mnie, ja takich zielonych trunków nie preferuję - wręcz przeciwnie. Niedźwiadek <3 Ja planuję wybrać się z chłopakiem do poznańskiego zoo, ale idziemy tam już z miesiąc xD
    Uśmiech! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. hahahahaha, to i tak lepiej, ja szłam 30 lat ;) Nooo, myślałam kiedyś, że obrzydlistwo taki koktajl z pietruchy, ale jak się okazało - dla mnie - pycha! Tam się to nazywało Lemo Natka czyli koktajl na bazie pietruszki, cytryn, pomarańczy, grejpfrutów i miodu :) Tak, śniadanie było fantastyczne! Ja tak lubię jeść! Ale karmić innych też lubię :)

      Usuń
    2. Mam nadzieję, że wybiorę się tam odrobinę wcześniej - wreszcie trzeba się wybrać na normalną randkę z chłopakiem, a nie na LAN party :C
      Ja nie przepadam za warzywnymi pysznościami, ich smak mnie nie przekonuje :C Ale skład Lemo Natki wygląda zachęcająco :)

      Usuń