#codzienność: Trzy radości - dzień 2

Opowieści ciąg dalszy czas zacząć! Bez zbędnych więc wstępów, bo i tak już w zasadzie jutro, a nie dziś, ale ciiiichoooo szaaa, przecież nie musimy być tacy skrupulatni, zwłaszcza na tak zwanych wyjazdach czas liczyć się powinien inaczej...

Jeśli więc chodzi o radości, to zdecydowanie powinnam Wam opowiedzieć o śniadaniu w Tel-Aviv'ie, kolacji w Dżonka i obiedzie w Katmandu. Wiecie przecież... jedzenie... A tam nowe, obłędne smaki, aromatyczne parujące potrawy, albo chłodne, wyraziste pasty! Do tego przesympatyczni ludzie i towarzystwo przy wspólnym stole! Jak to by miała nie być moja radość na dziś?! O każdym z tych miejsc jeszcze Wam napiszę, a póki co tylko Wam szepnę, że pycha, mniam! 

Tel-Aviv
Katmandu
Katmandu z bliska ;)
Dżonki
Radość numer dwa to spontaniczne spotkanie z Przyjaciółmi. Długo się zastanawiałam, jak mam je opisać, ale zważywszy na to, że jest już środek nocy, a jakby się uprzeć i grać rolę celnika na granicy miedzy prawdą a złudzeniem to nawet bliżej świtu, może po prostu przytoczę jeden z dialogów przy wspólnym stole...






- Nie żartuj, Ty nigdy w zoo nie byłaś [Nie byłam, o rety, a to aż takie dziwne? poważnie? a Wy byliście? To nie jest wcale takie łatwe być w zoo przecież? Do zoo to się tak nie chodzi osobie, no chyba, że wie się, gdzie to zoo jest, a ja na przykład nie wiem. Raz prawie byłam w zoo i prawie widziałam małe żyrafiątko, no i mam zdjęcie z dyrektorem zoo. To prawie jakbym była w zoo chyba. Liczy się? Przecież chęć była?!]?! - Pyta ma Przyjaciółka przefantastyczna, z którą już wspólnych jakieś 20 lat przeżyłam, a może ciut więcej.
- No nie byłam. - Przyznaję ze skruchą, na co jej mąż z powagą:
- Ale wiesz, że tam nie można karmić?
- Ale jak to - ja z oburzeniem, wszak przy posiłku jesteśmy, w zasadzie na samym jego początku, więc ja głodna przestrasznie - jak nie można karmić?! Ale Damiana przecież karmię? - Dodaję niewiele myśląc. To pewnie przez tę brodę. Damiana, nie moją. Ja nie mam brody, jakby ktoś był zainteresowany.
- No tak - ripostuje Jakub, ów mąż Anny - ale Damian jest wolno biegający. To co innego. 

I jak tu nie kochać?

I radość numer trzy... długo nad tym myślałam, ale to zdaje się ta chwila. Jest zdecydowanie po północy. Na dobrą sprawę już jutro. Ale radości są z dziś, a skoro to o moich radościach, to właśnie to jest radość, że mam tego swojego bloga, że mogę Was wpuścić do skrawka mojego życia i że chce mi się siąść po całym dniu przygód i napisać tych kilka słów w nadziei, że ktoś je kiedyś przeczyta i da mi znać, że istnieje też gdzieś tam sama nie wiem gdzie, że też ma swój mały świat i czasem bywa gościem w moim. Do przeczytania, Kochani!


2 komentarze:

  1. Że jedzenie pycha, to ci wierzę na słowo (na zdjęcia). ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet, że tak powiem ;) przepycha! Fantastyczne miejsca można znaleźć w Warszawie. Mamy cudną stolicę i taką piękną. Uliczki, kawiarenki, zakątki jak marzenie :) Zrobiłam najwięcej zdjęć na świecie! Muszę to jakoś uporządkować i opisać :)

      Usuń