w podróży: Śpiący kamień i uliczka imbryków

Miało być o Toruniu, ale będzie o Wilnie. Wymyśliłam sobie, o głupia ja, że wszystko pójdzie zgodnie z planem… A plan był taki, że w piątek po pracy około 16:00 wyruszamy, w Wilnie jesteśmy około 21:00. Meldujemy się w hostelu, zostawiamy rzeczy i idziemy na romantyczną kolację pod wileńskim niebem w jednej z restauracyjek, które mają ogródki pełne kwiatów i lampionów. Później nieco poszlajamy się po ciepłym już i nocnym Wilnie i koło północy przyjdzie czas na sen, bo o 8:30 (jak powiedziała miła pani na dworcu) przyjedzie pociąg z Petersburga, z którego wysiądzie Beniamin. Po niego właśnie przyjechaliśmy. Obudzimy się wcześniej, może nawet koło 5:00, wypijemy kawę i pobiegniemy na sesję, by obfotografować jeszcze śpiące miasto. A później będziemy czekać na dworcu. Tak. Taki był plan. 

Nie będziemy tracić czasu na obiad przed wyjazdem, choć ja zawsze jestem głodna. A wiadomo, jak głodna, to zła, marudna, nie do wytrzymania. Zjemy więc w samochodzie, placuszki z cukinii z fetą polane syropem z mniszka lekarskiego dla Damiana i placki ziemniaczane dla mnie już czekały parujące i smakowite. Czekały, ale się nie doczekały.

Zaczęło się nieśmiało już o 15:30. Damian miał czekać na mnie, ale okazało się, że musi coś załatwić i nie zdążył wrócić. Dzwoni, że będzie za jakieś 10-15 minut. Odwiedziłam więc Beatkę z Antycznych Klimatów, czas szybko minął. Nawet nie zauważyłam kiedy Damian zadzwonił, że już jest. Minęło nie 10 dodatkowych minut a jakieś 20, a jeszcze przecież trzeba do domu zajechać, rzeczy wziąć, Nefer wyprowadzić, kwiaty podlać… Zrobiła się 18:00.

Dwie godziny obsuwy. Ale nic to, nie tracimy nadziei. Według Hołowczyca, z którym zawsze dojedziesz do celu, my trafimy do Wilna koło 1:00. Może ciut później… hmmm, 21:00 też ma w sobie jedynkę…
No to w drogę!
Trasa mija sprawnie. Nadrabiamy czas bez zbytniego wysiłku i rozsądnie, bo też i podróż jest przecież przygodą. Nie ma co się śpieszyć. Widoki piękne, pogoda sprzyja. I tylko im bliżej Wilna, tym autokarów więcej. Północ. Dojeżdżamy, ale nie ma tak łatwo… Kilkadziesiąt autokarów wokół i my, jako jedni z niewielu, którzy siedzą sobie cichutko w autkach i czekają, kombinują jak tu przejechać. Hostel jakieś 50 metrów od nas, a jednak tak daleko. Samochodu przecież na środku drogi nie zostawimy…

W końcu się udaje. Znajdujemy jakieś miejsce na parkingu, wciąż zapatrzeni, skąd to nagłe autokarowe poruszenie. I głośno jakoś, ludzi mnóstwo. A to już sporo po północy, bośmy jednak stali trochę między tymi autobusami.

Nic to, hostel jest, to na pewno tu, tylko wejścia nijak znaleźć nie możemy. Obeszliśmy dokoła. Jest! Ale drzwi zamknięte. Nic dziwnego – środek nocy przecież. Właśnie, środek… a z kolacji nici. Początkowe żarty na temat zabrania ze sobą olbrzymiej pizzy z Olsztyna teraz zmieniają się w marzenie.
W końcu drzwi hostelu otwiera miła dziewczyna. Rezerwacja jest, klucze zaraz będą, a ona nam pokaże, gdzie i co. Płacimy teraz, czy rano? – pyta. Teraz, im szybciej tym lepiej. Ale ponieważ jakoś się nam czas przesunął, nie byliśmy w kantorze. Więc kartą. Przed wyjazdem sprawdzaliśmy stan konta, wszystko było w sam raz. A tu terminal twierdzi, brak środków. Chwila stresu, pani uspokaja. Nie ma problemu, może być rano. No może, tylko jak to brak środków, jak środki są?! 

Tylko teraz auto trzeba wprowadzić i rzeczy zabrać - mówi. Robimy, co każe. Szybka decyzja, co bierzemy. Stwierdzamy, że nie wszystko, bo przecież zawsze można skoczyć do samochodu. Nie wzięliśmy pod uwagę, że pokój okazuje się mieszkaniem. A mieszkanie jest w innym budynku. Idziemy karnie za miłą panią gdzieś koło 1:00 w nocy i oglądamy ludzi, którzy w ludowych strojach wędrują uliczkami Wilna. Pani tłumaczy, że mają święto, koncerty, imprezy. Aaaaha, stąd te autokary! Stąd tyle ludzi na ulicach! 


Nasz pokój-mieszkanie jest 100 metrów od Ostrej Bramy. Widzimy ją w pełnej krasie. Pani z recepcji daje nam klucze, włącza coś co buczy, jest przy drzwiach i ma mam umilić pobyt. Donosi ręczniki, pościel i życzy dobrej nocy. Więc zostajemy. Rozglądamy się. Mikrofalówka, lodóweczka maleńka, ale jednak, czajnik elektryczny, zlew, kubki, szklanki, talerze. Kawa rozpuszczalna, sypana, cukier, słodzik, herbata… Ideał. Jesteśmy w szoku. Miejsca na jakieś 7 osób. Cena nawet na dwie osoby jest bardzo przystępna, a jakby tak przyjechać z przyjaciółmi…

Postanawiamy jednak poszukać jedzenia. Gdybyśmy wiedzieli, że będą takie luksusy… znów wraca wspomnienie pizzy z Olsztyna. Albo chociaż zupka chińska… A tu nic. Ciastka przezornie zabrane w podróż i chleb. No pyszny, przyznaję, Świeżo pieczony na zakwasie, nie jakiś tam pakowany w folię, ale jednak ja jestem mięsożerna. Damian nie, więc mniej marudzi. Przed wyjściem, przezornie, postanawiamy pościelić łóżka. Filozofia konstrukcji poszewki na kołdrę nas przerasta, za to Damianowi do twarzy w kwiatach... 

Damian duch. Wersja wileńska. 
Wychodzimy. Przyznaję, że się trochę boję. Wejście do mieszkania jest w zacienionej bramie, a my w obcym mieście, a ja głodna. To ma swoje konsekwencje. Idziemy najpierw na dworzec. Mijamy McDonalds. No wiem… ale to jedyne, co było otwarte i obiecywało ciepłe jedzenie… Damian mówi, że całodobowy, przyjedziemy, jak będziemy wracać z dworca. A ja głupia posłuchałam…

Bo on nie był całodobowy. Na 5 minut przed naszym dojście do niego, zamknęli… Wracamy do mieszkania. Czas spać. Wcinam chleb, popijam herbatą. Jest i tak nieźle. Mogło nie być nic. A na głodniaka nie zasnę. Nie ma mowy! Budzik nastawiamy na 5:20. Budzimy się z przestrachem gdzieś koło 7:40. Do w pół do mamy trochę czasu, ale nie aż tyle, żeby opłacało nam się śpieszyć i biec coś oglądać. Tylko że ja chcę do mojej uliczki z imbrykami! Już mogę sobie darować huśtawkę, ale imbryczków nie daruję! 

Zaczynamy dzień, wygrzebujemy się powoli. Do dworca 5 minut spacerkiem, więc szybko się ogarniemy i będziemy czekać na Benka. Poza tym, pociągi mają w zwyczaju się spóźniać - taaa... Spokojnie - myślimy sobie. Jest 8:10. 

Dzwoni Beniamin. Gdzie jesteśmy, bo on już czeka i czeka? Jak to czeka i czeka? Przecież pani na dworcu powiedziała, że przyjedzie 8:30?! Tylko że pociąg przyjechał o 7:55…

Tym sposobem, już wiecie, że moje zaplanowane posty na FB nijak się miały do rzeczywistości. Kiedy miałam dojeżdżać do Wilna, byłam w połowie drogi, a peronu wileńskiego dworca tym razem nawet nie widziałam. Przygody mnożył się na potęgę. Każdy punkt planu nas zaskakiwał, łącznie z tak prozaiczną rzeczą jak to, w co miałam się ubrać. Biała bluzka i jeszcze gorący woreczek z herbatą to nie jest zbyt szczęśliwe połączenie… nie pytajcie nawet. 

W każdym razie, po tych wszystkich przygodach udało nam się jednak spędzić wspólnie kilka chwil w Wilnie. Wędrowaliśmy uliczkami, zjedliśmy śniadanie w kawiarence z widokiem na Wieżę Giedymina, a ja odwiedziłam moją ukochaną uliczkę z imbrykami! Byliśmy w magicznym sklepiku z tysiącem pięknych rzeczy, odkryłam przecudne podwórze, a w nim galerię i znalazłam białego, wielkiego kota na wystawie sklepu nie wiem z czym! 

Śniadanie w jednej z ulicznych kawiarenek.
Jadłam naleśniki z kurczakiem i marchewką
w sosie pieczarkowo-śmietanowym, ale podjadałam też u innych, co widać...
mmm naleśniczek w sosie truskawkowym... pychota!
Odnalazłam oczywiście moją ulubioną uliczkę i nie mogłam odmówić sobie
przyjemności zrobienia tam zdjęcia z książką, która wędruje ze mną od jakiegoś
czasu. Czytuję ją fragmentami, kiedy tylko mam czas, więc jest ze mną
w przeróżnych miejscach i chwilach. Ale o tym niedługo, bo już prawie kończę
i oczywiście napiszę Wam o niej i o moich z nią przygodach!
Benek w sklepiku z tysiącem niezwykłych rzeczy
znalazł takie oto okulary!
Cudna galeria w podwórzu i śpiący kamień.
Biały kot w witrynie. Wskoczył, ułożył się i zasnął. Przecież mu wolno.
A później przygody po nas wróciły, ale to już kolejna historia, a wpis i tak za długi, więc jeśli ktoś doczytał do końca, przesyłam serdeczne gratulacje!

Mam jeszcze w głowie sporo myśli wileńskich, chwil i miejsc, które chciałabym Wam pokazać. Więc, jeśli Was to interesuje i chcecie poczytać, dajcie znać. Póki co, już niedługo na pewno napiszę o imbrykowej.         

8 komentarzy:

  1. Jezu, dawaj dalej, bo to się fantastycznie czyta! :) Zwłaszcza, że sama marzę o Wilnie, bo stamtąd pochodzą moi dziadkowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno napiszę w takim razie :) A Wilno jest przepiękne! Koniecznie musisz się tam wybrać! A masz daleko do Olsztyna?

      Usuń
    2. Yhmmm... bo jeśli byś kiedyś chciała zwiedzić Olsztyn i Wilno, to napisz do mnie maila (adres w kontakcie), bo tak się składa, że knuję blogerską wyprawę autem i plan jest zupełnie niezły, całkiem realny i niedrogi :)

      Usuń
  2. A co to za hostel? Od dawna wybieram się do Wilna i nie mogę dojechać, aż wstyd po 18 latach mieszkania w Olsztynie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawdę mówiąc nazwy nie pamiętam teraz, bo to były jakby trzy hostele w sieci, ale jak wrócę do Olsztyna (bo teraz jestem w Elblągu, tak się składa), to sprawdzę i napiszę co, jak i w ogóle :) Tam było naprawdę bardzo fajnie, a ceny przystępne :)

      Usuń
  3. Cudna opowieść - umiliłaś mi poranek Urszulo.
    A właśnie myślałam o Tobie, że dawno nie piłam herbaty z Tobą i twoimi kotami.
    Tęskno mi trochę - a pokój na poddaszu dalej stoi pusty i czeka na gości. Pamiętaj :)

    OdpowiedzUsuń