moje pisanie: Opowieść Wielkanocna



Zdarzyło się kiedyś, że pewna Mała Dziewczynka zabłądziła w wielkim lesie. Skąd się tam wzięła i dokąd zmierzała, w zasadzie nawet ona nie miała pojęcia. Po prostu obudziła się w dziwacznym miejscu, którego wcześniej nie widziała. Drzewa, które tworzyły las, zdawały się nijak nie podobne do tych, które mała znała ze spacerów. Nie miały na łodygach kory, nie obrastał ich mech. A gdy tylko zerknęła w górę, stwierdziła z przestrachem, że nawet listowie wygląda jakoś inaczej.
A jednak, choć tak dziwacznie, to wciąż znajomo - pomyślała dziewczynka, po czym wzięła trzy głębokie oddechy - pierwszy z wiarą, drugi z nadzieją a trzeci z miłością - i ruszyła w drogę. 

Nie minęło wiele czasu, gdy usłyszała dziwny szelest i bliżej nieokreślony dźwięk, który kojarzył jej się ze skradaniem. Skąd takie skojarzenie, nie umiała wyjaśnić nawet sobie, ale gdy tylko usłyszała ów dźwięk, to była jej pierwsza myśl. Postanowiła zrobić zasadzkę. Kimkolwiek był ten, który za nią podążał, nie miał pojęcia, na kogo trafił!
Bo mała nie była taką zwykłą dziewczynką! O nie! Mała miała w sobie wiele siły, o którą nikt by jej nie posądzał. Wszyscy zawsze widzieli w niej słodką, malutką dziewczynkę, którą ma lukrowane życie, bo śmieje się dźwięcznie każdego dnia.
Czasem było jej jednak bardzo smutno. Tak smutno, że nieraz i niebo płakało razem z nią. I wiele musiała zużyć tęczy na swojej sukienki, by jednak miały w sobie odrobinę koloru. A im była smutniejsza, tym tęcza płowiała bardziej, gdy tylko ją doszywała do reszty materiału. Bo tęcza ma to do siebie, że pełna jest barw tylko, gdy niezmącona radość mieszka w duszy. To dlatego nikt, kogo znam (ja, czyli narrator tej opowieści, Wasz znajomy zajączek wielkanocny, poznaliście mnie?) nie ma sukienek z tęczy. Z tej prawdziwej. No może kiedyś była taka jedna Alicja, znajoma znajomego, ale... To zupełnie inna historia.  

W każdy razie, kiedy Mała zorientowała się, że ktoś ją śledzi, postanowiła działać. Nie zdradziła się nawet grymasem twarzy. Dzielnie wędrowała przed siebie, a choć serce jej wybijało coraz szybszy z przestrachu rytm, to myśli miała czyste i plan układał jej się coraz wyraźniej. Zmieniała dyskretnie tempo marszu, a gdy usłyszała, że szelest skradania za którym krył się nieznajomy ktoś lub tajemnicze coś był naprawdę blisko Mała zatrzymała się nagle, zebrała w sobie całą odwagę - a wierzcie mi, nie jest to łatwe! Ten z Was, kto choć raz był w podobnej sytuacji i musiał stanąć oko w oko z tajemniczym czymś lub nieznajomym kimś wie, jak wiele wymaga to siły. Tak więc Mała odwróciła się nagle i głośnym, mocnym głosem zapytała: kim jesteś?
W tej samej chwili ucichł cały świat. Jakby na pół sekundy wszystko zamarło zaskoczone jej odwagą. Tę ciszę mogła przerwać tylko ona i tak też zrobiła. Nie namyślając się długo powiedziała zdecydowanie:
- Posłuchaj kimkolwiek lub czymkolwiek jesteś. Nie ładnie tak się skradać i mącić moje myśli. I tak mi tu wystarczająco strasznie. To bardzo nie ładnie. Gdybyś był zły, zabiłbyś mnie w pierwszej sekundzie. Nie zrobiłeś tego. Podejrzewam więc, że nie jesteś zły. Myślę, że jesteś przestraszony i samotny. I zagubiony. To zupełnie jak ja. Jeśli jesteś zły, po prostu mnie zjedz. Tylko szybko, miej litość i szacunek. Nie chcę cierpieć. Nie zasłużyłam na to. Ale jeśli jesteś przestraszony i zagubiony, wyjdź. Nie zrobię ci krzywdy i zaufam, że ty mi jej nie zrobisz. Trudno, w najgorszym wypadku zawiedziesz mnie. Może nawet stracę wtedy nadzieję. To będzie przykre. Nawet bardzo. Ale warto zaryzykować.
Mała nie była w głębi duszy tak pewna, jak wskazywałby na to jej zdecydowany głos. W głębi była taka sama jak wszystkie inne małe dziewczynki. Jedyną różnicą było to, że ona postanowiła podjąć decyzje i być dzielną. To nie był pierwszy raz, gdy musiał się zdecydować.
Od zawsze dużo ją kosztowała, by każdego dnia wstawać z uśmiechem. Długo i mozolnie kolorowała ściany swojego pokoju. I nikt poza nią nie miał pojęcia, jak każdego dnia trudno jej było wydobyć kolor z rzeczy, które ją otaczały. Ale tak postanowiła i chciała nie tylko pomalować swój pokój, ale i świat wokół. Choć czasem, sama przed sobą nie chciała się do tego przyznać, brakło jej sił. Zapadała się wtedy w szarość i ciemność, aż nikła prawie cała. Ratowały ja wtedy jedynie wyciągnięte dłonie Przyjaciół.
Dość jednak o tym! Wróćmy do tej chwili, kiedy postanowiła nazwać to, czego się bała. Tak więc głośno i wyraźnie zapytała. A na takie pytania zwykle otrzymuje się odpowiedź. I tak też stało się tym razem. Las zaszumiał dziwacznie, a oczom Małej ukazał się baranek. Nie podszedł od razu. Po prostu stanął tak, by go widziała. Dziewczynka wstrzymała oddech ze zdziwienia. Pomyślała, że już go kiedyś, gdzieś widziała, ale nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Powoli zaczęła się do niego zbliżać. Baranek drżał. Trudno jej było określić czy z chłodu czy może ze strachu. Miała u szyi czerwoną chustę. W zasadzie trudno było określić, czy to rzeczywiście chusta czy może po prostu kawałek materiału, który w bliżej nieokreślonych okolicznościach przyczepiła się do jego szyi.
Mała zaczęła mówić. Opowiadała barankowi, skąd pochodzi, co pięknego w sobie mają jej przyjaciele, jak cudownie wygląda słońce o poranku kiedy wstaje nad łąkami jej rodzinnej wioski. Opowiadała o tym, co dobre i piękne. A baranek słuchał i wpatrywał się w nią. Była już zupełnie blisko, gdy dostrzegła... tak, choć w pierwszej chwili nie mogła uwierzyć, to jednak była prawda! Baranek był z cukru!
Już jej się przypomniało, już wiedziała! Przecież ten las, ten las to rzeżucha, gigantyczna rzeżucha! Zasiała ją jakiś tydzień wcześniej. Postawiła na parapecie. A baranek... To przecież nieprawdopodobne, ale tak właśnie było, to był baranek, który od lat stawał w przedświątecznym czasie na polanie z rzeżuchy. Na parapecie! W jej pokoju! Osunęła się na ziemię. Już nie wiedziała, co począć. Już podupadła nawet w myśli.  
Baranek podszedł nieśpiesznie do niej i położył swoją głowę na jej kolana. 
- Och baranku, i co my teraz zrobimy? - wyszeptała - Ja jestem malutka, taka tycia, że nikt nawet nie usłyszy mojego wołania o pomoc... Och baranku... Co teraz będzie. - Dziewczynka zapłakała. A krople zmoczyły głowę baranka. Cukier zaczął się rozpuszczać, ale baranek ani drgnął... choć, nie, jednak się poruszył - mocniej wtulił się w dziewczynkę.

A ona płakała, więc oczy miała zamglone. Nie widziała, że każda jej łza rozpuszcza wtulającego się w nią baranka coraz dotkliwiej. Tylko on jej pozostał. Gdy tylko pomyślała, że zrobiło jej się dziwnie zimno, tak jakoś przerażająco zimno... tak zimno, że aż rozpaczliwie... Baranek wtulił się jeszcze mocniej. Ogrzewał ją swoim ciepłem. Nie wiedziała, że baranek z cukru nieco wilgotny od jej łez pod wpływem ciepła jej ciała będzie się rozpuszczał. Nie wiedziała, a czuła już tylko ciepło i bezpieczeństwo. Zrobiło jej się błogo i słodko. Poczuła się bezpieczna. Baranek wtulał się w nią mocno, coraz mocniej, z coraz większą miłością, aż w końcu Mała zasnęła. I tylko przez ułamek sekundy pomyślała, że jakby mniej jest baranka a więcej ciepła. A gdy zasnęła zmęczona płaczem i strachem i obtulona ciepłem i słodyczą, śniła jej się piękna zielona łąka i ona w tęczowej sukience i świt, taki jasny, słoneczny świt nad zielonością i baranek, ten sam, a jakby inny. Nie lukrowy, a prawdziwy. Wędrowali wspólnie, wspólnie pokonywali góry i pili ze strumieni. Rozumieli się w spojrzeniu. 

Dziewczyna obudziła się łaskotana wiosennym słońcem. Poranek wielkanocny tego roku był zjawiskowy! Przez kilka chwil nie była pewna, czy obrazy, które pozostały w jej głowie po nocy to tylko senne mary czy może wspomnienia. 


Było jej słodko i bezpiecznie. Jakby rozlała się miłość i opieka w całym jej ciele. I poczuła, pierwszy raz od bardzo dawna, że wiara, nadzieja i miłość zamieszkały w niej na stałe. Pomyślała, że to trochę dziwne, ale - jak to zwykle bywa ze snami - gdy tylko zerknęła w stronę okna, z jej pamięci umknęły wszystkie obrazy nocnych przygód. Podeszła bliżej, by otworzyć okno i wpuścić świeże, wiosenne powietrze i wtedy zobaczyła, że na polanie z rzeżuchy zamiast lukrowego barana było tylko nieco białego, roztopionego od ciepła cukru i czerwona kokardka. No tak - pomyślała - nie powinna była go stawiać na słońcu. W tym roku przygrzało wyjątkowo. Zrobiło jej się smutno, bo ten baranek, to była dla niej ważna pamiątka. Pamiątka po kimś, kogo bardzo kochała, kto wiele dla niej znaczył. Pamiątka pełna dobrych myśli. Z troską zebrała resztę lukru i włożyła do małego, czerwonego pudełeczka w kształcie serca. A później zamknęła je i schowała do swojej torebki, by zawsze mieć blisko to ciepłe, słodkie wspomnienie. 

Kilka lat później pewien chłopiec zobaczy, że pudełeczko wypada z jej torebki, podbiegnie, podniesie i odda. I spyta, co tam jest. A ona, już kobieta, odpowie, że to jej najcenniejszy skarb. Chłopiec spyta, czy może zobaczyć, a ona otworzy pudełeczko. Chłopiec się zdziwi, że to przecież stary, roztopiony cukrowy baranek. Doda, że można takie kupić za 2,50 w każdym sklepie i że już nawet nie jest ładny. Na to ona odpowie, że to nieważne jaki ma kształt, ważne, z czego jest zrobiony. A ten baranek był zrobiony z miłości. Z wiary, nadziei i miłości. 

***
Życzę Wam Kochani (i sobie), by zawsze gdzieś w głębi mieszkały Wiara, Nadzieja i Miłość i byście czuli w każdej sekundzie, że jest blisko ktoś, kto nad Wami czuwa. Spokojnych Świąt :)

7 komentarzy:

  1. Mogę tylko powtórzyć za przedmówczynią: piękne. Wzruszyłam się :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Bardzo się cieszę, że opowieść się podoba :) PS A do mnie dotarły książeczki od Ciebie, Zuzanno :)

      Usuń
  2. ja się chyba zakochałam *,* tak piękne myśli przedstawić w takiej zachwycającej historii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Dziękuję! Ależ mi miło :) Kiedy się pisze, to zawsze dobrze jest mieć chociaż jednego czytelnika - wtedy jakoś bardziej się chce :)

      Usuń
  3. piękne...

    OdpowiedzUsuń