konkurs: Kalendarz w kwietniu? Czemu nie!


No tak, wiem... mamy kwiecień, ale kto powiedział, że kalendarze w kwietniu nie cieszą? A tak się składa, że mam aż trzy wyjątkowe kalendarze do rozdania dzięki uprzejmości Stowarzyszenia Bibliotekarzy Polskich!

Zajrzeć do ich wnętrza możecie na przykład TU

A zadanie konkursowe brzmi tak:

Masz słowa: pełen zlew, koty, bałagan, pies, książki, burza, biblioteka, niespodzianka

Wykorzystując te słowa (możesz wykorzystać jedno z nich, możesz wykorzystać trzy lub wszystkie - jak sobie życzysz) ułóż krótką (albo nie krótką), zabawną historię o tym, dlaczego pisarz nie pisze chociaż powinien Czekam na Wasze propozycje do środy (9.04.2014 r.). Wtedy poznamy trzy osoby, do których powędrują niezwykłe kalendarze i coś jeszcze...

Ale o tym - ciiiichoooooszaaaa... Życzę Wam udanej zabawy!
Jeśli macie ochotę - piszcie w komentarzach tu, a jesli wolicie komunikację za pośrednictwem Facebooka, to zapraszam na profil bloga Facebook/Pelen zlew

8 komentarzy:

  1. Siedział przy biurku nachylony nad klawiaturą i myślał. Widać, jak żyłka na jego czole pulsuje z wysiłku. Kursor na laptopie pulsował wolniej niż jego żyłka...
    -Cholera jasna! - Teofil zaklął głośno. Za ścianą rozległo się ujadanie psa.- Jeszcze te psisko! Cicho! Skupić się nie mogę! -młody pisarz wziął głowę w ręce i wsunął palce we włosy. Ścisnął głowę z całych sił, jego włosy nastroszyły się.
    -Nie mogę, no nie mogę...-mówił sam do siebie - taka tandeta, takie prostackie głupstwo, a ja nie mogę sobie poradzić!- Chodził po pokoju stukając papciami o panele. Jego jasne włosy sterczały na wszystkie strony, co zdradzało że dawno nie był u fryzjera, jak również brak mycia. Wyciągnięta koszulka w kolorze bliżej nie określonym poplamiona była najprawdopodobniej kawą a spodnie, oczywiście dresowe, miały wypchane kolana i rozciągnięte ściągacze u dołu. Cały ten szyk kończyły pomarańczowe kapcie z dziurami na palcach. Kiedy kapcie zostały kupione nie było w nich dziur na palce... dziury powstały z miłości. Do kotów. Wszak w domu Teofila Kurzyńskiego było ich kilka. Dokładnie trzy. Pierwszy to Znajda. Teofil znalazł ją trzy lata temu, gdy wyrzucał śmieci. Leżało takie małe coś, pod koszem i cichutko kwiliło. Wziął. Co miał nie wziąć. Może był roztrzepany, ale serce miał dobre. Wykarmił chuderlaka najpierw strzykawką, potem butelką ze smoczkiem, na koniec nie żałował mu wątróbki, wołowinki i innych kocich smaczków. Potem Znajda przyprowadził kolegę. Teofil do tej pory nie wie skąd i jak. Wrócił któregoś dnia do domu, gdy jego kociak miał już z pół roku i zastał w domu dwa koty. Dwa IDENTYCZNE koty. Oba miały śliczne niebieskie oczka i futerko w rude prążki. Jeden z nich to na pewno Znajda, ponieważ posiadał na szyi czerwoną obróżkę. A drugi? Pan Teofil do tej pory może się tego tylko domyślać. Trzeci kot to prezent od mamusi. Tak, a prezentów się nie oddaje... No cóż... Mamusia chciała dobrze, choć przez ostatnie pół roku nie kontaktowała się z synem, ponieważ była zajęta podróżowaniem po świecie. Już dawno sobie obiecała że na emeryturze zwiedzi wszystkie kontynenty i odwiedzi różne kraje. Jej pierwszym krajem była Rosja. I Moskwa. I stąd ten kot. Teofil do tej pory nie wie jak mamusia przemyciła tego małego, rudego, około pół rocznego kota przez granicę... W ten sposób pisarz ma w domu trzy rude koty, wszystkie w podobnym wieku. Na pierwszy rzut oka różnią się tylko obróżkami. I to właśnie te trzy psoty zrobiły dziury w kapciach swojego wybawiciela.
    Yyyyyaaaa- z gardła pisarzy wydobył się jęk, po tym jak w drugim pokoju usłyszał brzdęk, najprawdopodobniej doniczka z kwiatem spadła na podłogę. Teofil otworzył drzwi i jego oczom ukazał się opłakany widok – firanki w oknach były częściowo pozrywane, krzesła poprzewracane, szuflady do połowy pootwierane i wybebeszone, dywan równo zaścielony najróżniejszymi przedmiotami , książki z regałem leżały na podłodze , szafa z ubraniami otwarta a zawartość wysypywała się – jednym słowem Sodoma i Gomora! A na łóżku siedziały trzy śliczne koty – sprawcy tych kłopotów. Ale najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że widok nie przeraził właściciela!
    No nie mogę, nie mogę! Muszę skończyć powieść a nie mogę się skupić! - Krzyknął w kierunku kotów, które tylko skuliły uszy po sobie, zdając sobie sprawę z tego, że trochę narozrabiały- Nie mogę!!! -Teofil poszedł w kierunku kuchni i stanął przy zlewie- Dlaczego, dlaczego ja nie mogę się skupić, gdy zlew jest pełen brudnych garów?!...-zakasał rękawy i wziął się do zmywania a myśli w tym czasie zaczęły układać się równiutko, jak pod linijkę i koniec powieści sama się ułożyła. A koty leżały cichutko na łóżku a kto bystrzejszy to zauważyłby jak uśmiechają się pod nosem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ok, to teraz mogę pokomentować, bez wyrzutów sumienia, że kogoś faworyzuję przed wynikami zabawy :):):) Kasiu, no po prostu pomysł z kotami... super! Taka metafizyka się unosi w powietrzu. Jako zdeklarowana kociara - po wsze czasy wielbię i wielbić będę kocie opowieści! I tak optymistycznie... "a myśli w tym czasie zaczęły układać się równiutko, jak pod linijkę i koniec powieści sama się ułożyła. A koty leżały cichutko na łóżku a kto bystrzejszy to zauważyłby jak uśmiechają się pod nosem"... :)

      Usuń
  2. Nie tak dawno temu i nawet całkiem blisko, bo tu w Olsztynie, żył sobie pewien bardzo znany pisarz. W swoim dorobku miał już wiele popularnych powieści, których napisanie przyszło mu niezwykle łatwo. Jednak tym razem było zupełnie inaczej. Ta książka miała być wyjątkowa i magiczna. To była urodzinowa bajka dla jego ukochanej siostrzenicy. Nawet nie przypuszczał, że pozornie mała książeczka przysporzy mu aż tylu problemów.
    Już od ponad tygodnia siedział zamknięty w swoim mieszkaniu, a i tak nie udało mu się napisać ani słowa. Wcześniej próbował już chyba wszystkiego: zwiedzał swoje miasto, zarówno za dnia jak i nocą, szukał inspiracji w literaturze dziecięcej, a właścicielka kamienicy, w której mieszkał bezterminowo dała mu klucze na poddasze, żeby mógł w spokoju pisać.
    Wszystko na nic. Był coraz bardziej sfrustrowany i zniechęcony. A czas zdawał się płynąć coraz szybciej.
    Wtem pewnego ranka usłyszał dzwonek do drzwi. Kto u diabła chciał coś od niego o tak barbarzyńskiej porze. Zdenerwowany podszedł do drzwi z zamiarem przegonienia intruza. Jakie było jego zdziwienie, gdy po otwarciu drzwi zastał tylko niewielką paczkę z napisem „Przeczytaj mnie, a czeka Cię wielka niespodzianka”. Zaintrygowany zaczął rozpakowywać zawiniątko. W środku była książka, jakiej jeszcze nigdy nie widział. Stara skórzana oprawa, misterne metalowa okucia i wręcz hipnotyzujący tytuł KSIĘGA ZAPOMNIANYCH MARZEŃ SENNYCH. Była przepiękna.
    Czytanie takiej książki wymaga specjalnej oprawy – pomyślał. Zaparzył dzbanek mocnej kawy i tak przygotowany udał się na poddasze. Cóż za przyjemność oddać się lekturze w letni poranek, przy szeroko otwartych oknach. Szczególnie, że lektura okazała się bardzo wyjątkowa. Każda strona przenosiła go do coraz to nowego świata.
    Księga pochłonęła go do tego stopnia, że nie zauważył nadciągających ciemnych chmur. Burza przyszła nie wiadomo skąd i pech (a może przypadek) chciał, że jeden z piorunów trafił w okucia książki, dotkliwie rażąc pisarza.
    Kiedy się ocknął było już ciemno, na domiar złego książka zniknęła. Niepewnym krokiem ruszył do swojego mieszkania. To, co tam zastał, przeraziło go. Wszędzie panował niesamowity bałagan. A na dokładkę z kuchni dochodziły dziwne dźwięki. Źródło dźwięku zaskoczyło go jeszcze bardziej. W jego, zazwyczaj pustym, zlewie siedziały dwa biało – czarne koty. Ale to nie były takie zwykłe dachowce. Czarne łaty na ich futrze tworzyły litery, a nawet całe wyrazy, które koty wzajemnie czyto – miauczały. Do kompletu na podłodze siedział pies. Był jasnobrązowy, tylko wokół oczu miał ciemne obwódki wyglądające jak okulary. Gdy tylko koty zaczynały swoje czytanki od razu na nie warczał, niczym groźny bibliotekarz uciszający niesforne dzieciaki.
    Muszę się wydostać z tego koszmaru – pomyślał przerażony pisarz. Zaczął biec przed siebie i…
    …obudził się na podłodze poddasza. Kawa zdążyła już wystygnąć, a koło niego leżał zwykły zeszyt. Pospiesznie wrócił do mieszkania i zaczął opisywać historię dwóch książko – kotów i pilnującego ich psa – bibliotekarza. A wszystkie ich przygody działy się w światach pogubionych marzeń sennych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No Oliwka - super! KSIĘGA ZAPOMNIANYCH MARZEŃ SENNYCH - pomysł pierwsza klasa! No i bibliotekarz... pies i książko-koty :D Jestem pod wrażeniem!

      Usuń
    2. Szczerze ja też jestem pod wrażeniem. Jak się rozkręcę, to moja wyobraźnia potrafi mnie nieźle zaskoczyć :D

      Usuń
  3. Pod trzymanym w dłoni wciąż jeszcze tlącym się papierosem schowało się ostatnie, kluczowe słowo. Było tak blisko. Miało zawinąć całą historię. Z polotem zmienić bieg akcji aż każdemu zabije mocniej serce...
    „Gdyby tylko wiedzieli, że właśnie w tym momencie kjfkfjlddlbngbvri”
    - Kurwa mać! Sherlock! - rzucił w stronę czarnego kocura, który właśnie przemknął po klawiaturze komputera. Kot niewiele przejmując się erudycją pisarza zeskoczył z biurka i usiadł pod regałem z książkami tępo i beznamiętnie wpatrując się w swojego „właściciela”, przy czym nie ma żadnej pewności czy układ „właściciel – zwierzątko” nie powinno zostać zamienione w relację „sługa – pasożyt”.
    Popiół z papierosa spadł na zapisane kartki walające się wokół komputera i gasnąc powoli pozostawił za sobą osobliwe ex libris na kolejnym, niedokończonym zdaniu. Dym rozwiał się po pomieszczeniu i uczepił każdego mebla w zasięgu wzroku snując już tylko zapach irytacji i nieuchronnego braku weny.
    Mężczyzna wstał zdenerwowany od biurka wiedząc, że już i tak nic nie napisze. Popatrzył przekrwionymi oczami na swojego pupila. Odetchnął głęboko, zagasił peta i zrezygnowany zaczął mierzyć się ze zwierzakiem wzrokiem zastanawiając się nad tym jak zabrać się do pisania tak aby faktycznie coś napisać. Pisarska nieustanna wojna o słowo, które staje się nadzieją, rośnie w czytelniku, znaczy coś dla niego. Łączy się z jego duszą. Jak odnaleźć właściwe słowa, które wędrują po skórze, tańczą z emocjami i tworzą jedno z sercem przyspieszając je do granic możliwości. Pochłaniając i budząc dziki śmiech albo rodząc łzy wściekłości lub współczucia do historii, która rozgrywa się wewnątrz tego świata. Świata, którego człowiek staje się częścią i odbija myślami do chwil realnego życia, w których stał dokładnie w tym samym miejscu. Zadawał to samo pytanie. Wyznawał tą samą miłość. Pękał i łamał się. Rósł i klaskał w dłonie. Gdyby tak człowiek potrafił przenieść to co ma w sobie i oddać innym co uważa za najważniejsze z jakichkolwiek pobudek. Na każdy dzień w swoich pokojach potrafił spokojnie zaparzyć herbatę, zgasić światło i rozstawić świece by w przytulnym, ciepłym półmroku oddać się lekturze, i spokojowi.
    A pisać przecież trzeba. Bo są kontrakty i terminy. Bo pieniądz pisarza, mimo, że marny – nie śmierdzi. Bo ludzie czekają. Bo człowiek wymaga sam od siebie by stworzyć dzieło potomne od niego samego, które da rozrywkę i mądrość innym samemu pisarzowi dając cóż... Spełnienie? Radość? Chodź chodzą słuchy, że spełnić pisarza mogą nawet rachunki za prąd i nie posiada on większej radości niż ta gdy komornik puka tym razem do drzwi sąsiada.
    Z całych tych mądrości płynie jednak głębsza i o wiele sensowniejsza praw...
    - Miaaaauuuu! - Zawył sierściuch przed nim konkretnie oznajmiając jak wiele nic go to obchodzi i że czas aby ktoś pofatygował swoje szanowne cztery litery do kuchni po żarcie.
    - Okrutne bydle. Wiem, że chcesz żreć. Ja tutaj myśli zbieram! Powinienem Cię był zamienić na iPoda. Za jego podłączenie do prądu nie miałbym na karku Towarzystwa Opieki Nad Zwierzętami a tak by jeszcze chociaż grało więcej niż jedną melodię – odpowiedział kotu z czystą nienawiścią. Bo nie zna człowiek większej nienawiści niż ta kiedy ukochany koteczek, o piątej nad ranem, wbija w powiekę pazury informując swoją pieszczotą, że jest głodny jak cholera a żeby pokazać jak bardzo jest poważny w swoim odczuciu, postanowił rozpieprzyć pół kuchni i zwalić na Twój telewizor kwiaty z pułki. Urocze zwierzę. Kochał je. Naprawdę. Tylko tak... Wyjątkowo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wstał z krzesła i ruszył w stronę kuchni. Kot ocierając się o nogi pisarza ruszył razem z nim w kierunku lodówki. Jako, że proces twórczy był już na granicy własnego załamania nerwowego i stan gorączki przed klawiaturą nie ratował przed gniewem wydawnictwa, to i pełen zlew nie kwalifikował się w kategorii „bałagan”. Odpowiedniejsze byłoby określenie stanu kuchni jako plan filmowy do kolejnej części Obcego. Mógłby nawet przysiąc że talerz się poruszył i przemówił. Ot, taka mikroewolucja. Jak pokwitnie jeszcze z tydzień to może wyrosną temu nóżki oraz zęby i zeżrą Sherlocka.
    - Ot cała prawda, dlaczego pisarz nie pisze, chociaż powinien – powiedział zrezygnowanym głosem i westchnął po czym ciągnął dalej - Bo w pisaniu najważniejszym jes...
    - Miauuuuuuuuuuu!
    - Najważniejszym jest kurwa nie mieć takiego kota.

    OdpowiedzUsuń
  5. I są wyniki :) http://www.pelenzlew.blogspot.com/2014/04/i-mamy-wyniki.html

    OdpowiedzUsuń