intymnie: Karczoch i pierwsze kwiaty

Kto mnie zna, ten wie, że do najromantyczniejszych istot na świecie - wbrew pozorom - nie należę. Jako że luty - przyznać muszę z całą świadomością konsekwencji, że na przykład Walentynek nie cierpię szczerze, a różowe (bo jeszcze czerwone, nooo dobra, jakoś zdzierżę) serduszka wywołują u mnie reakcję alergiczne, kiedy zaś myślę o czułych słówkach (o ile nie chodzi o film o takim tytule) bywa mi mdło. A w zasadzie, bywało. Bo tak to jest, że się człowiek czasem tak jakoś bez sensu zakocha i masz tu babo placek (w sumie nie tak najgorzej... nie wiem, jak Wy, ale ja tam jeść lubię, więc i plackiem nie pogardzę, a już ziemniaczanym to w ogóle!). 


W każdym razie, czasem jest tak, że najlepszym się zdarza i nagle te wszystkie nasze "nigdy przenigdy" rozpływają się jak poranne mgły nad maldanińskimi polami. I tak ja, Urszula, niestety zrobiłam się jakaś taka bardziej rozmarzona niż zwykle i rozczula mnie, kiedy mój D. mówi do mnie "kochanie", "myszo" czy jakoś tak inaczej, aczkolwiek również słodko.

No ale - o kwiatach miało być. Bo chodzi o to, że dostałam ostatnio od D. pierwszego kawiateczka. A kwiatek, jak i cała ta moja miłość, dość oryginalny. Bo tak się złożyło, że od mojego mężczyzny dostałam w ramach kwiatka, karczocha. Piękne to, zielone, z łodygą mocną i grubą (hmmm?) i takie, proszę ja Was, bardzo moje. Bo nie dość, że śliczne, to jeszcze zjeść się da! 

No właśnie... bo jeśli chodzi o jedzenie, to znalazłam przepis, który zwrócił moją uwagę. 

Poza karczochem (lepiej pewnie, żeby był więcej niż jeden, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma) warto zaopatrzyć się w cytryny, czosnek, natkę pietruszki i tymianek. Sól, pieprz, bułkę tartą, oliwę, olej, mąkę i liście laurowe zazwyczaj gdzieś tam w kuchni można wyszperać, więc nie jest to przepis aż tak wymagający. Chociaż w moim przypadku, póki co, nie do zrealizowania - bo tak się składa, że chociaż mam wszystkie składniki, to nie mam piekarnika. Ale, wszystko przed nami. 

Dalej wyczytałam, że karczochy należy obrać, odciąć łodygę, kwiatem uderzyć kilka razy o blat, by się poluźniły liście nie zdrewniałe, a później ze środka wygiąć należy włochaty głąb. I tu - przyznaję - zaintrygowało. Pierwszy raz zupełnie na serio pomyślałam, że chcę zamordować karczocha i zobaczyć, co ma w środku. Nie patrzcie tak, nie ma opcji, że uwierzę, że Wy byście tego nie zrobili. Później farsz. Skrapiamy oliwą, układamy na blasze i zapiekanie około 40 minut. Brzmi dobrze, pomyślałam.

Ale - ponieważ piekarnika nie mam, to nie będę się wymądrzać na temat tego, jak powinno się to robić. W każdym razie przepis na pieczone karczochy był bardzo smakowity już na poziomie rozmyślania, więc stwierdziłam, że warto będzie go zapamiętać. 

A skoro już wracamy powoli z tej kulinarnej dygresji na proste ścieżki myśli o kwiateczkach i nieromantyczności w odniesieniu do lutego, więc wszechobecnych Walentynek, to ciekawi mnie, jakie Wy, Dziewczyny, zwykle dostajecie, a Wy, Chłopacy, zwykle dajecie kwiaty swoim miłościom i czy ma to dla Was jakiekolwiek znaczenie? Bo mnie się pierwszy raz zdarzyło dostać od mężczyzny karczocha w ramach bukietu. Zwykle to były jednak róże. A tu proszę, jaka miła odmiana!

Lubisz mnie czytać? Zapraszam na Profil Bloga na FB 

2 komentarze:

  1. Fajny karczoch :) a smaczny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. prawdę mówiąc, nie miałam serca, żeby go zjeść jednak :P poza tym, brak piekarnika mnie jakoś usprawiedliwia :)

      Usuń