intymnie: Od kuchni

Czas wyznać/przyznać, że ostatnio dość często zaglądam do pewnej olsztyńskiej restauracji skrytej w piwnicach pod Wysoką Bramą. Cóż zrobić, taka ze mnie jesienno-zimowa dziewczyna i jeśli się zakochuję, to właśnie jesienno-zimowo... Nie będę więc udawać, że wpadam tam jedynie z uwagi na świetną kuchnię, choć muszę przyznać, że świetna jest w rzeczy samej! 

Cóż, zakochanie podobno zaburza zmysły. Nie wiem, czy wszystkie, a co za tym idzie, czy zmysł smaku wchodzi w skład tych zaburzanych, na wszelki jednak wypadek bądźcie ostrożni czytając ten post, bo dziś o smaku właśnie będzie.

Kto mnie zna, wie doskonale, że jest kilka sposobów, by mnie urzec, a jednym z nich i to wysoce skutecznym, jest dobrze nakarmić. Taki już mój los, że i przyjaciół i miłości w moim świecie często zaczynają się od pierwszego jedzenia.   

I z racji mojego bywania w owej restauracji, co jakiś czas zaskakiwana jestem kolejnym smakiem. Już kilka razy zaczynałam pisać na ten temat, ale powstrzymywałam się myślą, że mogłoby to być zbyt subiektywne i w zasadzie, kogóż może interesować, co Urszula jeść lubi i gdzie, ale… no właśnie, bo ale być musi! Ale dziś zostałam zaskoczona tak bardzo i tak prosto jednocześnie, że nie jestem już w stanie się powstrzymać. A może też opowieści o smakach Wam się spodobają i ośmielę się pisać częściej? 

W każdym razie… Zaskoczenie dnia. Tak! Absolutne! Wiem, to pewnie nic specjalnego. Zielona fasolka szparagowa z prażonymi płatkami migdałów i zdaje się – masłem oraz odrobiną soli... Tak niespodziewanie ujął mnie ten smak, niby niepozorny, że aż się nad nim zamyśliłam. 

W moim domu rodzinnym, a nie uważam, by był nudny kulinarnie, owszem, fasolka czesto gościła na stole w myśl zasady – zielone, więc dobre. Zwykle jednak była podawana na ciepło z bułką tartą. Obawiam się, że jak daleko jestem w stanie sięgnąć pamięcią, nie trafiłam w swoim kulinarnym życiu na taki pomysł podania, jak ten dziś. Aż mi żal! Może to śmieszne, ale to było proste i cudne połączenie smaków i na pewno będę się starała je odtworzyć. A jeśli nie próbowaliście, szczerze polecam. 

9 komentarzy:

  1. no bo fasola to jest takie magiczne warzywo, które uwielbia zaskakiwać... tylko jest też nieco złośliwa to się chowa pod tą bułką tartą, że niby ona taka niepozorna...

    a wracając do samego zaskakiwania to jak natki pietruszki nie lubię to w tej sałatce mogę jeść na kilogramy...
    http://kufer-z-niespodziankami.blogspot.com/2013/07/saatka-fasolowa.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja z pietruszką mam taką przygodę, że uwielbiam koktajl ze świeżej natki pietruszki, cytryny i z odrobiną cukru trzcinowego :) Jest absolutnie pyszny! koniecznie musisz spróbować!

      Usuń
    2. Jak mnie nim kiedyś napoisz to nawet jestem skłonna spróbować :D

      Usuń
    3. istnieje spora na to szansa :)

      Usuń
  2. i ta rzeczona fasolka na zimno serwowana? Smaku mi narobiłaś, a teraz czekać do sezonu fasolkowego to jakaś masakra!
    Klaudyna ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na ciepło właśnie, to znaczy na takie średnio ciepło :) przepyszna była po prostu! :) Co u Was Tulisie? Uściski :)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Urszulko, dzięki za inspirację! Ja się kocham w fasolce szparagowej od dzieciństwa i jadam ją na różne sposoby.Takiej z prażonymi migdałami jeszcze nie próbowałam, więc... zrobię ją jutro! Niestety z mrożonki, to nie to samo, co z krzaka. Iza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo Izunia! Ale cudnie, że napisałaś, a fasolka, jak marzenie! Ja miałam tę przyjemność, że mi ją podano (choć i robienie pokarmu sprawia mi radość), ale czasem miło jest przyjść i zostać nakarmioną ;) W każdym razie, z moich ostatnich przygód kulinarnych jeszcze parę postów pewnie wyjdzie, bo skarbcowa kuchnia jakoś mnie zaskakuje. Kolejnym zaskoczeniem były na przykład naleśniki z serem, szynką i syropem z mniszka lekarskiego! Jadłaś to może?

      Usuń