intymnie: Po co światu wariaci?

"Odbiło ci, zbzikowałaś, dostałaś fioła. Ale coś ci powiem w sekrecie. Tylko wariaci są coś warci." A każdy z nas choć raz w życiu wariatem był lub będzie. Taki los. Bo nie ma słów jednoznacznych i jednoznacznych sytuacji. Wszystko zależy od wszystkiego, choćby nie wiem jak się człek starał, nie sposób pewnym być następnej chwili. Słowa zwykle mają więcej niż jedno znaczenia, dobrze jest o tym pamiętać.

I są takie momenty, takie miejsca, gdzie bycie wariatem jest coś warte. I są wreszcie tacy ludzie, takie opowieści – literackie, filmowe, muzyczne... Bo bywa różnie... to, co zdaje nam się białe, jest czasem czarne, a to, co nie do ogarnięcia, staje się oczywiste.

Jakiś czas temu wypożyczyłam "Nigdylandię". To żadna nowość, pewnie nawet nie hit filmowy, chociaż pewna być nie mogę. Zdaje się premierę miał w 2005 r. - cóż, mamy prawie 2014r. Ale jakoś tak poczułam, że ten właśnie film chciałabym zobaczyć. Wypożyczyłam, przeczytałam opis i pomyślałam, dobrze, obejrzę. Tak to mniej więcej wyglądało. I film zaległ na mojej półeczce. Aż do wczoraj.


A wieczór był, wiadomo, zimowy. I cicho było w mieszkaniu. Koty dreptały za mną krok w krok, aż im się znudziło i ułożywszy się wygodnie na sobie wybranych miejscach, pochrapywać poczęły cichutko. Więc zgasiłam światło, zawinęłam się w kocyk i włączyłam ów film... A teraz myślę o nim stale. Nie mogę wyrzucić go z głowy.

Nie o filmie chcę napisać, każdy przecież może go sobie po prostu obejrzeć, a i ja za znawcę kina się nie uważam. Bardziej o tej myśli, która mi została po obejrzeniu "Nigdylandii".

Jesteśmy w innych miejscach na trasie życia, nawet jeśli mamy tyle samo lat, takie samo wykształcenie. Jesteśmy sumą różnych doświadczeń, jesteśmy kłębowiskiem różnych myśli. Co dla jednych zwykłą błahostką, dla innych może się okazać sensem istnienia.

Jak z dziećmi, kiedy ich męczące marudzenie, że miś czy lalka ma chorą rączkę, że potwór czai się pod łóżkiem, że kolega pociągnął za warkocz, koleżanka zabrała samochodzik – dla nich to świat wielki i poważny, od decyzji nas, dorosłych, zależy, jakie pozostawi po sobie ta "błahostka" w nich ślady.

To jak z przyjaciółmi, jak z obcymi, jak z chwilą zastanowienia. Bo to nie jest oczywiste, że jeśli ktoś jest młody, to zawsze zdrowy i pełen sił, że jeśli stary, to do niczego się nie nadaje i nie ma już prawa do miłości czy szaleństwa. Bo to nie jest, to nie powinno być oczywiste, że widzimy zamiast ludzi, schematy i ustalenia, stereotypy.

W kinie staramy się nie wybuchać śmiechem ani nie wzruszać za bardzo... nim rozświetli się sala, wstydliwie ocieramy łzy, nawet w mroku tłumimy śmiech. Bo może to nie ten moment, może ta akurat scena nie powinna śmieszyć... może, ale śmieszy, ale idziemy do kina dla rozrywki, więc czujmy ją, czujmy tę przyjemność i dajmy sobie do tego prawo. W teatrze nie reagujemy zbyt żywiołowo, bo przecież nie wypada, powinno się siedzieć sztywno na swoim miejscu i czekać, kiedy TO się wreszcie skończy, żeby złapać głębszy oddech – tak niektórzy myślą...

A właśnie, że wypada, właśnie że radość na koncercie, na spektaklu, w kinie, jeśli się ją czuje, jest na miejscu! Uczmy się siebie i swoich emocji. I bądźmy czujni na świat, który nas otacza.

Już kiedyś o tym pisałam, ale i dziś napiszę. Szłam do pracy. Poranek jak to olsztyński, mój własny, około 7:15. Stałam przed przejściem dla pieszych – tym dużym, przy Ratuszu. A naprzeciwko zbierał się tłumek. I jeden pan, z laską dla niewidomych, wśród tych wszystkich ludzi. Tylko on podszedł, jakby znał na pamięć – pewnie znał – każdy milimetr chodnika, i przycisnął przycisk oznajmiający, że czekamy na zielone światło. A później ruszyli. Wpadali na niego, jakby byli ślepi. I tylko dlatego, że tak płynnie ich wymijał, nie przewrócił się. On. Ten niewidomy człowiek widział Olsztyn i ludzi obok siebie. A nie ci, którzy patrzyli szeroko otwartymi oczami...

I właśnie teraz, w tym przedświątecznym, ciepłym choć zimowym okresie, kiedy jakoś nam łatwiej otworzyć się na drugiego człowieka, może warto rozejrzeć się wokół? I nie oceniać. Nie wydawać sądów. Bo ten pusty talerz, który będzie stał na wielu wigilijnych stołach coś oznacza. Czy stawiając go, naprawdę jesteśmy gotowi przyjąć pod swój dach potrzebującego, zbłąkanego? Czy usłyszymy jego pukanie do drzwi? Może lepiej będzie nie stawiać tego dodatkowego nakrycia, jeśli nie jesteśmy pewni, a w zamian zrobić choć najmniejszy gest dla kogoś, kto tego potrzebuje, albo zwyczajnie przyjrzeć się światu dokładniej?

Są decyzje, które trzeba podjąć, miejsca, które trzeba odczarować, są rzeczy, w które trzeba uwierzyć. Dostrzec świat i ten nasz, wewnętrzny i ten widziany oczyma innych ludzi. Oczywiście, z umiarem, jak zawsze. Być czułym na to, co nas otacza i na tyle silnym, by bronić tego, co kryje się wewnątrz. Kiedyś Hemingway napisał, może i dość radykalnie, czasem wręcz niebezpiecznie, że "nie zasługujemy na to, aby żyć na świecie, jeśli go nie zauważamy". Często o tym zdaniu myślę. Często ale z umiarem.

6 komentarzy:

  1. oj, Ula, jak dobrze przeczytać coś Twojego po wielu miesiącach... czemu ja o tym blogu dowiedziałam się dopiero dzisiaj? może spotkamy się na grzane wino po świętach? będę w Olsztynie? hmm?

    OdpowiedzUsuń
  2. ooo!!! tak! bardzo chcę! daj znać kiedy, gdzie - do kiedy będziesz w cudnym Olsztynie? miałam ostatnio sporo zawirowań w moim małym świecie i umknął mej uwadze Twój komentarz, ale mam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno i uda nam się spotkać????

    OdpowiedzUsuń
  3. już jestem w warszawie od dwóch dni, ale będę na przełomie stycznia i lutego - wtedy się odezwę :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiesz Uleńko...
    Lubię sposób w jaki opisujesz otaczający nas świat, otaczające nas rzeczy... taką zwykłą codzienność.

    Pozdrawiam,

    "Sąsiadeczka Justyna"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to jestem ciapciak jednak... po miesiącu znalazłam komentarz! :) Ale za to, ile mi sprawił radości :D

      PS Kiedy przyjeżdżasz?

      Usuń