Chodziło o miłość, Robert Rient

Pamiętacie, dwa dni temu wspomniałam, że skończyłam czytać pewną powieść. I tyle tam było o niej, co kot napłakał (a mam dwa koty, to wiem z doświadczenia, że mało płaczą). A tak być nie może, bo o dobrych książkach pisać trzeba i kropka!

A więc "Chodziło o miłość", bo o cóż innego mogłaby chodzić... to powieść niezupełnie o miłości, choć w sumie, jak się nad tym głębiej zastanowić, wszystko na świecie jest o miłości... I chyba właśnie dlatego "Chodziło o miłość" uwiło sobie gniazdko w mojej głowie i szepcze mi teraz przeróżne myśli. Gdybym miała powiedzieć swoimi słowami, to powiedziałabym, że ta powieść, to raczej historia poszukiwania tego, co zdaje się, nazywamy szczęściem, chociaż w zasadzie trudne jest do zdefiniowania. To opowieść o tym, że co dla jednych jest dziwactwem, dla innych stanowić może codzienną normalność. I o tym, czym w zasadzie ta normalność jest?

Bo przecież, tak zwany normalny wśród dziwaków, staje się dziwakiem...

I trochę też o tym, kto ma monopol na takie etykietowanie i czy rzeczywiście ma? Kto ma prawo oceniać i na jakich podstawach? A wszystko to tak jakoś między słowami.

A może kiedyś sama założę knajpę, do której trzeba będzie wchodzić przez szafę a w karcie dań będzie tylko jedna potrawa. I będę siadała ze stałymi klientami i dotrzymywała im towarzystwa przy posiłku. Bo może warto zakochać się tak po prostu. Dać sobie szansę, tak po prostu. I czas tak po prostu sobie dać, bo przecież nic na siłę... I tak po prostu pozwolić sobie na zwykłe, codzienne szczęście na przekór wszystkiemu! 

A przy tym, powieść Roberta Rienta to nie przesłodka historyjka o tym, że ona kocha jego, a on jej niekoniecznie i jakoś tak smutno, więc coś się nagle zdarza. O nie! To powieść pisana realnym językiem o ludziach równie realnych. Pisana przez mężczyznę, gdzie narratorem również jest mężczyzna. 

I może to ja jestem największym dziwakiem świata, a moi przyjaciele bliscy są czasem obłędu, ale miałam wrażenie, że czytam powieść właśnie o takim świecie, w jakim żyję i o takich ludziach, których bym uwielbiała, gdyby tylko stanęli na mojej drodze. Których uwielbiam, kiedy stają na mojej drodze.

Im dłużej się zastanawiam nad fenomenem tej powieści, tym mocniej dochodzę do wniosku, że tak mi zapadła w pamięć, bo jest autentyczna i spontaniczna. I że ten, kto ją napisał tak właśnie, po prostu, tak właśnie widzi świat. Bez oceniania i z ufnością. Bo chociaż autor porusza w powieści wiele ważnych i trudnych kwestii, nie tylko takich jak szczęście, pragnienie miłości, akceptacji... ale też jak skomplikowane relacje rodzinne i społeczne, jak problemy emocjonalne, to nie wybrzmiewają stronice jego książki podniosłym, moralizatorskim tonem, a wręcz przeciwnie, zupełnie swobodnie, a skutecznie wciąga nas autor w swoją opowieść. 

W szczegółach, półsłówkach, w codziennych sytuacjach stworzył świat realny, zabawny, wzruszający i ważny,choć trudny, to tchnący optymizmem.

Po przeczytaniu tej książki mam wrażenie, że jej autora nie tylko znam od wieków, ale jeszcze się przyjaźnimy. A gdyby nagle w środku nocy zadzwonił z niewiadomych przyczyn właśnie do mnie (co raczej się nie zdarzy, bo nie ma mojego numeru telefonu) i powiedział: hej, jestem na dworcu w Olsztynie, przygarniesz mnie? To nie tylko wcale bym się nie zdziwiła, ale jeszcze z miejsca odkrzyknęła pełna radości: Super! Już po Ciebie wychodzę! A głodny jesteś? I byłaby to najnormalniejsza z możliwych opcji.


0 komentarzy:

Prześlij komentarz