Stara Słaboniowa i spiekładuchy, Joanna Łańcucka

Ja już za stara na to po nocy latanie. Ciężko mnie chodzić bez te nogie pieruńskie, a i już się nie kce, jak to dawniej bywało. Dość mnie już tych spiekładuchów, tych popaprańców, co z ludzkiej głupoty i złości na nasz padół przychodzo i niecnotę czynio. A bo to już ni ma komu złego odganiać, ludzie tera uczone, w zabobony, jak to gadajo, nie wierzo. Już ino ja jedna została, co się zna na piekielnych sztuczkach. Trza robić, póki sił starczy. Mus je, ino ochoty ni ma. - Słaboniowa znowuż westchnęła.

Ano westchnęła, bo i miała nad czym wzdychać. Jak Capówka pod Chmielowem nie za długa i niekoniecznie szeroka, ale jednak chat parę stoi, tak i Słaboniowa wzrokiem swym sięga nieco za horyzont, o czym wielu mieszkańcom wsi przekonać się było dane.

Bo może i stara, może i zmęczona, ale co jak co, wzrok to Słaboniowa ma dobry. A już oczyska zimne i pysk pociągły na skraju lasu dojrzy zawsze. I w ciemności przyczajoną nad kołyską kikimorę dojrzy. I między słowami wyczyta, co to za spiekładuchy kogo we wsi nawiedziły. A choć stare już kości odmawiają posłuszeństwa, to jak trzeba i zmorę schwyci do butelki i strzydze poradzi.

I umie się Teosia odgryźć wrednie a porządnie, oj umie. Takiej baby to i sam diabeł nie okiełzna. No chyba, że baba sama do diabła przyjdzie. Ale… z tym diabłem to w sumie długa historia, więc lepiej jak przeczytacie sami.

I jeśli mam być szczera, to aż mi słów brak, by opisać debiutancką powieść Łańcuckiej i zazdrość aż łapie za serce, że nie ja takie cuda napisałam, bo jakby mi z duszy wyrwane.


Bo, że opowiedziana historia urzeka, to już wielki atut i wcale nie tak często się zdarza takie dobrodziejstwo dla czytelnika. Ale że tak jest ta historia rozsnuta, by przed oczyma czytających wymalowały się mroźne wieczory, pola wiatrem zawiewane, wiejskie dni i noce, by poczuć ten zgrzyt, kiedy do tamtego świata wdziera się miejski gwar i pośpiech. By zadumać nad zaskakującą (a może też nieco przerażającą) harmonią owego świata z dziwami i spiekładuchami, które w świecie Teofili Słaboniowej z domu Maciorkowskiej istnieją na prawach równorzędnych z mieszkańcami Capówki. O! To aż się wierzyć nie chce w taką radość dla miłośników literatury i wszelkich innych dziwów.

A ma się Teosia, oj ma, z tymi swoimi krajanami… Wiele się dzieje w pozornie sennej wioseczce gdzieś na styku światów – tego, o którym wiemy i tego, którego istnienia nawet się nie domyślamy. My, którzy już zapomnieliśmy o zmorach, odmiankach, kikimorach, strzygach. Którzy czasem bezradnie rozkładamy ręce, kiedy dziecko choć zdrowe, przewinięte, nakarmione, wytulane drze się wniebogłosy, aż brak mu tchu. Kiedy wybudzić się ze snu nie umiemy, nie możemy się podnieść z posłania, a gdy wreszcie uda nam się wstać, to jakby noc przynosiła zamiast wytchnienia tylko potężne zmęczenie. My, którym mleko kupowane w supermarketach nie zsiada się, a o tym, że krowy mogą przestać być dojne, nigdy nie myślimy wrzucając do koszyka kolejny kartonik.


Więc nic dziwnego, że Słaboniowa tak się zapiera rękoma i nogami (choć coraz częściej odmawiają jej posłuszeństwa), by córka ją zabrała do tego świata, który dla nas jest codziennością, a dla niej groźniejszy jest niż zastępy strzyg.

Jeśli patrząc na „Starą Słaboniową i spiekładuchy” choć przez sekundę ktoś z Was pomyślał: chcę to przeczytać! Niech się nie waha. Czas poświęcony tej książce, to z pewności nie będzie czas stracony i wiele się możemy do starej Słaboniowej nauczyć. Aż strach pomyśleć, jak wiele…


Stara Słaboniowa i spiekładuchy, Joanna Łańcucka, Oficynka, ISBN 978-83-62465-71-2, s. 448







14 komentarzy:

  1. Nie wahać się! Czytać! (i ksiązkę, i tego bloga! :P) I pamiętać o mleczku dla kikimory :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. pamiętać o mleczku, oj pamiętać, bo będą kłopoty! :) coś o tym już wiemy, prawda Wi? :>

      Usuń
  2. chcę to przeczytać! to pierwsze o czym pomyślałam czytając... trochę wypadłam z obiegu ale po takiej recenzji pobiegnę-no, może w mojej sytuacji to złe słowo ;) - po książkę. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram tę chęć! ;) To jest cudna książka, na pewno nie pożałujesz :) I dziękuję bardzo za komentarz, to takie miłe, kiedy nagle dostaje się dowód na to, że ktoś czyta, zagląda :) Życzę miłej lektury i mam nadzieję, że podzielisz się wrażeniami! Pozdrowienia!

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. ależ ze mnie sierota-z mężowego maila się zalogowałam ;)
      kontynuując: czyta, czyta, nawet jak nic nie pisze, że czyta to czyta :)
      Słaboniowa z lady zeszła więc muszę poczekać aż przyjedzie następna i mam nadzieję, że zdążę przeczytać :)

      Usuń
    4. ahahahahahahahahaha, jesteś normalnie nieziemska! :D hahahaha, aż się kawą zakrztusiłam :)

      Usuń
    5. to łapki w górę-na zakrztuszenie ;)
      Koleżance Dorocie link z bloga też wrzuciłam, będziemy czytać i rozsławiać, i Słaboniową i Twojego bloga :)

      Usuń
    6. Ech, szkoda, że takich Słaboniowych, wypartych przez "nowoczesność" już nie ma... jej mądrość życiowa wcale nie ustępuje umiejętnościom ;)
      Znalazłaby wspólny język z Jakubem Wędrowyczem i miałaby sposób na wiele dzisiejszych przypadłości. Tylko czy chcielibyśmy i umieli jej słuchać?? ...

      Usuń
  3. Słaboniowa to taki Wiedźmin wśród starosłowiańskich psotników domowych. Bardzo spodobał mi się Domowik (Domownik, Domowy)- mąż Kikimory, który posprząta, dziecko kołysze i do pieca dołoży, byle go dobrze nakarmić. Chciałabym takiego brodacza!
    Południca - w towarzystwie 7 czarnych psów. Nie wiedziałam, że to ona jest przyczyną porażenia słońcem u dzieci ;) Mój syn w dzieciństwie kilka razy musiał ją zobaczyć chociaż z oddali.
    Czarownicy również nie zabrakło! Świetna książka, rozrywkowa i pełna mądrości ludowych (zioła, grzyby).
    Alicja Kubiak.

    OdpowiedzUsuń
  4. A tak! on i mnie urzekł :D Zdecydowanie książka, którą warto mieć na swojej półce, w mądry sposób i piękny literacko przybliża wierzenia i to, co przecież kiedyś było częścią codzienności ludzi tu żyjących. Ja jestem zachwycona!

    OdpowiedzUsuń
  5. wykorzystam książkę podczas wrześniowego Wiecu w Grodzie Zalesie, będę miała prezentację o wierzeniach Słowian :)
    Alicja K.

    OdpowiedzUsuń
  6. To znów ja...
    Właśnie zbliżam się ku końcowi książki i bardzo żałuję, że ta przygoda za chwilę zniknie :(
    Ale tak sobie myślę, że autorka chciała pokazać coś jeszcze, poza panteonem słowiańskich duchów i strachów domowych... zwróćcie uwagę na to, że w tej książce na barkach kobiet spoczywa odpowiedzialność za bezpieczeństwo domowników, a nawet całej wsi! To one zamartwiają się nieszczęściami, chorobami, śmiercią a co robią mężczyźni? Piją na umór i śpią, chodzą na piwko do sklepu, wyjeżdżają na saksy. Kobiety zdane są na siebie! Chodzą do doktora, a gdy ten zawiedzie (kolka), to do Słaboniowej po radę. Ta przepędzi Kikimorę i Zmorę a teraz ze Strzygą przyjdzie się zmierzyć, bo Garsija i doktór rady nie dają. Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak bardzo rozumiem to uczucie, możesz mi wierzyć... I tak, masz zdecydowanie rację, też czytają zwróciłam na to uwagę. Ano tak właśnie, gdzie nie może, tam babę poślę :)

      Usuń