#mojemieszkanie: na dzień dobry


Dziś serwujemy w moim Mieszkaniu słuszną jajecznicę z zielonym szczypiorkiem - ku pokrzepieniu serc! I trochę w ramach buntu. Niechże już się ta zima skończy!

Żeby dopełnić ceremonii, specjalnie rano poszłam po świeże pieczywo. A później zabrałam się za przyrządzanie. Niby nic - taką jajecznicę potrafi zrobić każdy. Tak jak każdy potrafi zrobić herbatę z cytryną czy kanapkę. Co nie znaczy, że parzenie herbaty nie jest czasami sztuką, a kanapka nie może sprawić, że świat wokół nas zawiruje od smaku. Bo przecież wszystko zależy od podejścia... sztuką może i nie jest zwykłe, rutynowe wykonanie czynności, ale przecież wystarczy, tak tę czynność zaczarować, żeby każdą rzecz doprawić szczyptą magii dobrej myśli, świadomego ruchu dłoni, poczucia smaku i radości z tego, że ma się tę chwilę i te produkty i można, tak po prostu pobyć...

Tak więc moja dzisiejsza jajecznica miała w sobie smak kwietniowo-śnieżnego powietrza ukrytego w subtelnej nucie świeżego chleba z masłem. I miałam w sobie odrobinę wiosny w zieleni szczypiorku i skwierczeniu cebulki. I miała też wspomnienie dzieciństwa i pierwiastek domu zaklęte w tatusiowym boczku z wędzarni nad bagnami. Mazurskimi, oczywiście... takimi pachnącymi wilgocią i olchami. 

A kiedy podpiecze się boczek, dorzuci cebulkę i przyjdzie czas na jaja, trzeba pamiętać, by tak je wybić na rozgrzaną patelnię, aby żadne żółtko nie zostało naruszone. To bardzo ważne, bo jajecznica, którą pamiętam z dziecięcych śniadań, a którą tata mnie z troską karmił, zawsze miała w sobie posmak lejącego się i ciepłego żółtka, które niczym złoto otulało pozostałe składniki. 

Kiedy już wszystko będzie miało odpowiednią konsystencję, można przekładać na talerz. W tak zwanym czasie pomiędzy, który podobno nie istnieje, choć ja mam wrażenie, że w nim właśnie żyję stale, powinno się zrobić tę moją, wyjątkową (choć przecież zupełnie powszechną) czarną herbatę z cytryną.  

I to właśnie na dzisiejszy poranek jest mój ideał śniadaniowy. Nic więcej poza książką i chwilą tylko dla siebie - no i kotów, które ostatnio są jakby bardziej złaknione miłości - nie jest mi potrzebne do szczęścia. 

A jeśli chodzi o książki, to przeczytałam już najnowszą powieść Gołębiewskiego (prowadzę spotkanie 16 kwietnia), a teraz jestem w trakcie "W cudzym domu" Hanny Cygler (spotkanie 25 kwietnia). I poczytuję jeszcze po kątach "Baronową Późna Jesień" Miłki Malzahan - a Wy, kochani, co czytacie i co jadacie na sobotnie śniadania? 

7 komentarzy:

  1. ja śniadania może nie miałam tak pyszniastego, ale właśnie zachwycam się kawą z kawiarki :) i w przerwie od nauki czytam "1001 wynalazków które zmieniły świat" :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. opowiedz mi o którymś - jestem bardzo ciekawa :)mmmm... kawa z kawirki :D mniam

      Usuń
    2. akurat dziś czytałam o kanapce [swoją drogą ciekawe podejście kanapka jako wynalazek], szczepionce i latawcu... i co ciekawe wszystkie powstały około 1000 p.n.e.

      a na kawę zapraszam :D

      Usuń
  2. A ja czytam "Tam, gdzie śpiewają drzewa" i marzę o takiej jajecznicy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja marzę, żebyś na taką jajecznicę kiedyś do mnie wpadła :*

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. no całkiem było mniam, a jedzenie jest dobre na wszystko :)

      Usuń