#mojemieszkanie: kot dzienny, kot nocny


Moje dwa koty mogłyby odmierzać mi czas zamiast zegarów. Według ich miauknięć i mruczenia, według odchodzenia i przychodzenia, domagania się uwagi i absolutnego ignorowania mojej obecności można precyzyjnie układać plany dni i nocy. Nie chadzają razem, a na przemian - jak noc i dzień. I jak noc i dzień się od siebie różnią. Nie umiałabym wybrać. Poza tym, nie mam prawa - przecież nie ja je wybrałam, a one mnie. Jeśli więc do kogoś należałby wybór, to raczej do nich niż do mnie. 

I tak mój kot dzienny i mój kot nocny sprawują pieczę nad moim Mieszkaniem i dodają mu życia. Czekają, kiedy nie ma mnie i współistnieją, kiedy jestem. To dobry układ. 

Dziś zapomniałam je uprzedzić, że wrócę później. Mogłyby korzystać z Facebooka (w końcu zostawiam im komputer, kiedy gdzieś wychodzę, tak na wszelki wypadek) - wtedy zawsze wiedziałyby, kiedy prowadzę spotkania. A tak, ponieważ moje koty nie są zbyt internetowe, czekały już od 17:00 na mój powrót.

Jeśli zaś chodzi o spotkanie, to żal mi, że tak niewiele osób na nie dotarło. Żal zawsze, gdy mam prowadzić rozmowę z kimś, kogo uważam za cennego rozmówcę, a dotrą ich słowa jedynie do kilku par uszu. 

Dziś rozmawiałam z Joanną Fertacz i Mariuszem Sieniewiczem. Aktorka i pisarz. I oboje połączyła Spowiedź Śpiącej Królewny. Ona dla mnie jest jedną z lepszych aktorek, jakie nosi nasza scena olsztyńska. Ma w sobie jakąś magię teatru. Kiedy wchodzi na scenę, czuje się to coś, co sprawia, że wzrok przywiązuje się do każdego gestu. Nie ma wieku. Równie dobrze mogłaby zagrać dwudziestolatkę co osiemdziesięciolatkę i w każdej z tych sytuacji byłaby równie wiarygodna. 

On pisze świetnie. Choć nie masowo. Pisze tak, że kiedy czyta się jego prozę, ma się wrażenie, że płynie bezkonfliktowo, że po prostu jest i taka właśnie być powinna. A przecież nie pisze z taką łatwością, przecież tygodniami nie pisze nic, by nagle w momencie olśnienia rozsnuć tekst. I tak go snuje, wodzi za nos, przędzie we wzorzyste treści, że kiedy się to czyta, nawet szew nie wystaje. 
I pisze zawsze o czymś. Zawsze o czymś ważnym. I zawsze inaczej. Cenię to w pisarzach. Że nie kalkują, nie gadają aby gadać, a chcą coś powiedzieć. Ale nie pouczać, nie moralizować - bo jakież mieliby ku temu podstawy? Jakie prawo? Przecież tak samo są ludźmi jak ich czytelnicy. 

Tak więc rozmawiałam dziś o Spowiedzi Śpiącej Królewny. O książce i monodramie. O tym, że na tydzień przed premierą stworzyli spektakl od nowa. O tym, że monodram to niezwykły wysiłek, to wyzwanie. Tak, wiem to. Bo przecież jeśli dobrze się wpatrzysz, jeśli się wsłuchasz - poczujesz tę determinację na scenie. Jak wiele pracy trzeba włożyć, by przez godzinę utrzymać uwagę widza, by nie znudzić nie odpuścić nie poddać się. Ile trzeba mieć siły, żeby rozegrać tę walkę zwycięsko. 

Spowiedź Śpiącej Królewny to bolesna książka, która rozbawi do łez i skłoni do refleksji. O ile chce się wpuścić do swojego świata taką powieść. Taką, która nie jest łatwa i przyjemna. Taką, do której nalezy podejść z odpowiednim dystansem i otwartością.

***

5 komentarzy:

  1. miałam wczoraj być... ale jak siadłam do pracy inżynierskiej to czas się tak jakoś zagiął, że jak spojrzałam na zegarek to była 17:23 :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to szkoda, bo moim zdaniem warto było być na tym spotkaniu i przy okazji można było upolować bilety do teatru i inne takie fajne uprzyjemniacze ;) ale Ty masz ten plus, że zawsze mogę napisać o sekrecikach zakulisowych... a zostało parę zdradzonych ;P

      Usuń
    2. ale po zdjęciach widziałam, że nie było schodów do siedzenia tylko jakieś takie normalne krzesła, więc odrobinę mniej żałuję ;D

      Usuń
    3. prawda to, schodów nie było, ale... wiesz, gdybyś jednak się zdecydowała, specjalnie dla Ciebie miałam przygotowane przenośne schodki księgarskie ;)

      Usuń
    4. zapamiętam na przyszłość :D

      Usuń