W kleszczach lęku, Henry James

To jedna z tych książek, które choć napisane przed wieloma laty, wciąż młode w słowach czarują kolejnych czytelników. „W kleszczach lęku” ma tylko jedną wadę – trzeba jakoś doczytać tę książkę, a jeśli ma się na czytanie czas głównie wieczorami, to dreszcz strachu może przerodzić się w przerażenie i nagle każda noc zdaje się za ciemna, a każde mieszkanie za puste, więc albo drży się przy zapalonych światłach, albo czeka dnia, by dokończyć lekturę.

I w tym ukrywa się mistrzostwo pióra Henrego Jamesa, że wystarczy mu kilka zdań, by zabrać czytelnika do świata swoich wyobrażeń, do mrocznych zakątków tajemnicy. I chociaż fabuła do spektakularnych z pozoru nie należy, bo cóż strasznego może zapowiadać przyjazd młodej, ślicznej guwernantki do posiadłości, w której ma przejąć opiekę nad dwójką przeuroczych dzieci… to należy pamiętać, że pozory często mylą. Bo posiadłość okazuje się być stara i mroczna, dzieci niesamowicie wręcz urokliwe, a młoda guwernantka zaczyna dostrzegać dziwne postaci… I pani Grose, gosposia, zdaje się wiedzieć więcej, niż początkowo mówi, a wychowankowie zdają się widzieć więcej, niż chcą się przyznać i gdzieś w powietrzu unosi się zapach niebezpieczeństwa…

Henry James będzie trzymał czytelnika w kleszczach lęku po ostatnie zdanie i nie wypuści pewnie przez kolejne sto lat… ta opowieść przenika pod skórę i sprawia, że szelest w drugim pokoju staje się nagłym ostrzeżeniem przed niebezpieczeństwem kolejnej strony. „W kleszczach lęku” to powieść tak sugestywna, że aż namacalna, a jednocześnie utkana bardziej z niedopowiedzenia, iluzji i niepewności niż zdarzeń. Można wręcz usłyszeć zawodzenia wiatru w muchach Bly… a tajemnica, którą skrywają owe mury, nie da o sobie łatwo zapomnieć.

W kleszczach leku, Henry James, Prószyński i S-ka, tłum. Witold Pospieszała, ISBN 978-83-7839-072-5, s. 230, 2012

Recenzja napisana dla Magazynu Literackiego KSIĄŻKI nr 5/2012(188), maj 2012

0 komentarzy:

Prześlij komentarz