Utracony raj, Cees Nooteboom

Są takie książki, wobec których nie można pozostać obojętnym. I chociaż jest ich coraz mniej we współczesnej literaturze, czasem wciąż jeszcze pojawiają się i błyszczą jasnym światłem przyćmiewając inne. A „Utracony raj” do kategorii takich właśnie książek należy. Te 160 stron zamkniętych w subtelnej okładce, otwiera przed czytelnikiem świat literackiej próby najwyższych lotów…

Kiedy Almut i Alma – przyjaciółki tak różne od siebie jak ogień i woda postanawiają, że nadszedł czas, by spełnić od dawna snute marzenia o Australii i by uwolnić się od przeszłości… i kiedy Erik Zonda ujrzy anioła… wyruszymy w podróż i my.

Jeszcze być może nie do końca świadomi niezwykłości tej chwili, może nawet nieco zdezorientowani, ale już czujni. My, którzy czytamy, nagle zaczynamy współtworzyć czytaną historię. Bo chociaż mało w tej opowieści słów, to treść w nich zawarta zmusza do refleksji. Jakby każde zdanie było skończonym bytem.

„Utracony raj” to historia o poszukiwaniu i konfrontacji, o gorzkim zderzeniu marzeń z rzeczywistością, która niczym sen zawładnie umysłem czytelnika. Zbudowana została ze słów tak magicznie ze sobą splecionych, że aż namacalnych. Nie powinno się opowiadać o fabule tej książki, bo każdy jej opis byłby niewybaczalnym spłaszczeniem znaczeń, w niej zawartych. Siłą „Utraconego raju” jest przede wszystkim język opowieści i minimalistyczna konstrukcja.

Aż niewyobrażalne „o ilu słowach można pomyśleć przebywając w jednym i tym samym miejscu? Odbyłam podróż w swojej głowie i wylądowałam tam, gdzie już byłam wcześniej, w ciszy”.

Utracony raj, Cees Nooteboom, W.A.B,, Tłum. Łukasz Żebrowski, ISBN 978-83-7747-631-4, s. 160, 2012.

Recenzja napisana dla Magazynu Literackiego Książki

0 komentarzy:

Prześlij komentarz