Brak tchu, George Orwell

Między Bogiem a prawdą, jak zwykł mawiać George Bowling… „Brak tchu” aż po ostatnie zdanie! Powieść Orwella nie daje o sobie zapomnieć. Na przemian drażni, ironicznie podśmiewuje się i szczerze bawi, a przecież narracja chwilami bywa męcząca jak samo życie…

A już zwłaszcza życie Bowlinga, idealnie nieszczególnego czterdziestopięcioletniego mężczyzny – głównego bohatera. George Bowling ma żonę i dwójkę dzieci oraz posadę agenta ubezpieczeniowego. Jednym słowem – stagnacja. Pewnego styczniowego poranka Bowling po prostu się budzi i zamiast do pracy, idzie odebrać zamówioną sztuczną szczękę. Tak to się właśnie zaczyna.

A później przenosimy się dzięki jego opowieści w czasy, gdy świat był zupełnie inny… Anglia początku XX wieku. Matka w królestwie swojej kuchni, ojciec wiecznie umorusany mąką i nieco starszy brat rozrabiaka. Rodzinny sklep, którego bankructwa nie doczekają rodzice George’a, zapomniany leśny staw za dworem, i oczywiście ryby.

Błogi spokój, dzika mięta, poczucie, że wszystko ma swoje miejsce. Można zatonąć w opisie świata sprzed wojny i można zadrżeć z przestrachu, gdy nagle wojna zdaje się dyszeć ciężko na wygrzanych słońcem karkach. Bo „Brak tchu” to dopiero zapowiedź. Groźba tego, co zdarzy się niebawem i nieuniknienie… a może ostrzeżenie sprytnie ukryte w aluzjach.

„Powiedzcie bowiem sami, co jest przyjemniejsze: brzęk muchy czy warkot silnika bombowca?” – pyta Bowling. I okazuje się, że odpowiedź wcale nie jest aż tak oczywista.

Brak tchu, George Orwell, Bellona, Tłum. Bartłomiej Zborski, ISBN 978-83-11-12210-9, s. 320, 2012.

Recenzja napisana dla Magazynu Literackiego Książki

0 komentarzy:

Prześlij komentarz