#mojemieszkanie: pełen zlew


Kubki, filiżanki, szklanki. Pełen zlew. Wspomnienia godzin i minut, prędkość, z jaką potrafię wlewać w siebie kawę o poranku (o ile w ogóle), wyrzut, że tak mało jem w postaci ledwie naruszonego talerza z odległego wieczoru. Milczący przytyk nieobecnych naczyń obiadowych.

Nagła świadomość. Nie jestem, a bywam. I to też nieregularnie. Zadziwia fakt, że mieszkania nieużywane brudzą się bardziej. Jakby tęsknotę okazywały trudnym do usunięcia zapachem nie tyle zapuszczenia, co opuszczenia. A może to tylko złudzenie spotęgowane świadomością bezsensu działania, bo przecież w zasadzie czyste, w zasadzie nieużywane, w zasadzie - po co, a trzeba - chociaż przetrzeć, najlepiej umyć.

Wracam więc. Od czasu do czasu. Choć ten zwrot uwiera we mnie. Za każdym razem wymiatam nie mój właściwe kurz spod łóżka i dziwię się, bo odkrywam, że moje Mieszkanie żyje samo pełnej niż ze mną. Składam je z urywków, łapanych w biegu smaków i zapachów... najpełniej dźwięków.

Powoli zacznę (póki co wciąż w moich myślach) tam mieszkać, aż w końcu poczuję, że jestem już tu.

***

1 komentarz:

  1. Wciąż zajęta, zabiegana, zmęczona ale uśmiechnięta. To cała Ty, to cała ja. Ale na sprzątanie nie mam czasu, absolutnie! Dlatego moje sufity obrastają w pajęczyny, bo ich nie widzę. Nie zadzieram nosa ;). W pajęczynach jest penicylina, więc wierzę w ich uzdrawiającą moc. Koty od kurzu biegają pod łóżkiem, aż zdmuchnięte w kąt dadzą się złapać wprost w ręce stęsknione miękkiej pieszczoty. Kurzem osiada czas na meblach, wyglądają dostojnie, niczym mędrcy wśród zbłąkanych umysłów uczniów.

    OdpowiedzUsuń