Cała trudność w tym, że choć od dawna chcę Wam opowiedzieć o „Historii pszczół“, to ilekroć siadam do pisania, mam wrażenie, że jeśli zrobię to tak, jak czuję, zdradzę z fabuły to, o czym zwyczajowo powinno się milczeć, jeśli jednak napiszę ten tekst inaczej, nie będzie o tym, o czym chcę, by był. Nie umiem znaleźć złotego środka, więc przekładam z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, a może już nawet z miesiąca na miesiąc chwilę publikacji. Czy może raczej przekładałam, aż do dziś. Postaram się być rozważna, ale jeśli nie czytaliście „Historii pszczół“, bądźcie ostrożni przy dalszej lekturze tego tekstu. 

Tak więc „Historia pszczół“ to ważna książka. Chyba inaczej o niej napisać nie wypada po prostu. To książka-przesłanie, a jednocześnie piękna powieść, która choć może nie trzymała w napięciu (i sądzę, że wielu czytelników szybko odgadnie w trakcie lektury, jak potoczy się fabuła), to dała  mej czytelniczej duszy w zamian coś magicznego, bo gdy ją czytałam, „brzęczenie wypełniało powietrze. Budziło we mnie jakieś wibracje. Uspokajało mnie, ułatwiało oddychanie“. I mam poczucie, że dzięki tej książce wielu uświadomi sobie , że bez pszczół ludzie nie mają szans. Nasze nieprzespane noce przed egzaminami, marzenia, kariery nie są nic warte, jeśli pszczoły nie przeniosą pyłku z jednego kwiatu na drugi.„Rolnictwo bez pszczół nie ma szans. Ciągnące się kilometrami rzędy kwitnących drzew migdałowych lub połacie borówkowych krzewinek nie są nic warte, jeśli pszczoły nie przeniosą pyłku z jednego kwiatu na drugi.“ 




I tak, nawet gdyby ta powieść nie była napisana tak urokliwie jak jest lub gdybym uznała tę książkę za nudną, to i tak gorąco bym Wam ją polecała. Przyznaję się bez bicia. Właśnie z uwagi na ów motyw przewodni i myśl wpisaną w fabułę.


Jedna z trzech linii narracyjnych to wizja świata bez pszczół w roku 2098, o zgrozo, nie tak znów futurystyczna jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w chińskiej prowincji Syczuan nie od dziś zapyla się ręcznie, bo już w latach 80. pszczoły tam wyginęły, z kolei  powieściowy Pekin, do którego udaje się Tao, jedna z głównych postaci powieści, w poszukiwaniu swego synka, to przerażające, zrujnowane miejsce, do którego nie chciałabym nigdy trafić. Historia Tao rozwija się równolegle z dwoma pozostałymi liniami fabuły – losami XIX-wiecznego niespełnionego uczonego, ojca rodziny, który w 1852 roku umyka objęciom depresji w pracę nad udoskonaleniem ula oraz współczesnego amerykańskiego pszczelarza, Georga, którego marzeniem jest, by pasję rodzinną kultywował syn, ten jednak zdaje się mieć inny plan na życie. 

Poza tym wszystkim, co możecie wyczytać również w innych recenzjach, że to także piękna opowieść o więziach między rodzicami a dziećmi, o ambicjach, wyborach, trudnych i pięknych relacjach i poza tym, że to także tragiczna wizja świata, w którym nie ma już pszczół, a ich pracę starają się wykonywać ludzie, to moim zdaniem jest jeszcze o czymś wielce istotnym. O czymś, czego nie widzimy na co dzień. Ba! Czego nie dostrzeżemy być może nigdy, bo często bywa, ze echa naszych czynów nabierają siły dźwięku dopiero lata po tym, jak sami zamilkniemy. 

***
Uwaga, poniżej zdradzam ważne elementy fabuły i zakończenie książki, jeśli jeszcze nie czytaliście „Historii pszczół“, ostrzegam przed dalszą lektura tekstu. 

Zdjęcie z pasieki Skarby Warmii
Otóż, jest to moim zdaniem ciekawa opowieść o wartości porażek. Wiem, brzmi pewnie dość dziwacznie, ale pozwólcie, że się tłumaczę.

Tak więc kiedy wspomniany w powieści Jan Dzierżon, nazywany ojcem współczesnego pszczelarstwa, w 1838 roku zbudował rozbierany, otwierany z boku ul szafkowy ze snozami, rozpoczęła się prawdziwa rewolucja w całej Europie. Również wspomniany w powieści Lorenzo Lorraine Langstroth, zwany (dla odmiany) ojcem amerykańskiego pszczelarstwa, stworzył w 1851 roku pierwszy otwierany od góry „ul zwany „ulem Langstrotha”, na którym do dzisiaj wzorują się nowoczesne typy uli. Jako pierwszy połączył ideę wyjmowanych ramek od góry z odkryciem, że pszczołom trzeba zostawić określony odstęp między plastrami i bee space wynoszącą ok. 8 mm (więcej niż 2/8 cala, ale mniej niż 3/8 cala) między górnymi i bocznymi beleczkami a skrzynią ula“. Żadne z nich nie jest główny bohaterem tej książki, za to i jeden i drugi (czy może raczej ich odkrycia) mają ogromny wpływ na losy jednego z głównych bohaterów.

Bo oto w 1852 roku William postanawia, że jednak coś osiągnie. Że wróci do porzuconej na rzecz rodziny nauki, będzie pracować z ukochanym synem, widzieć podziw w oczach dawnego mistrza, że będzie coś znaczyć w dziejach ludzkości. Mierzy wysoko. I ma ku temu wszelkie warunki, bo w młodości wiele się nauczył, a teraz, w prawdzie po długiej przerwie, ale pracuje z zapałem, a jego myśli wędrują we właściwym kierunku, ale wystarczy przeanalizować daty, by wiedzieć, że William jest o krok do tyłu.  

Długo po lekturze brzmiały mi jeszcze w uszach jego słowa: „Nie ma żadnych wyraźnych znaków, że zrobiłem to, do czego zostałem stworzony. Nie dokonałem w ogóle niczego. Zestarzeję się, skurczę, a następnie zniknę, nie zostawiając po sobie śladu, nic po mnie nie zostanie.“ i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to właśnie tu kryje się zalążek tego czegoś, co mnie tak urzekło w „Historii pszczół“. 

Bo chociaż William czuje zawód, chociaż sądzi, że jego życie nic nie znaczy, chociaż myli się, drażni nieraz zapatrzony w syna, nie doceniający szczęścia, jakie ma, chociaż wiecznie o krok w tyle,to nie na podstawie szkiców wspomnianych Dzierżonia czy Langstrotha ludzkość w 2098 roku będzie starała się odbudowywać świat, a jego właśnie. To nie kto inny, jak jego córka, ta ukryta w cieniu opowieści cicha dziewczyna, Charlotte,obdarzona  bystrym umysłem i determinacją, będzie na tyle silna, by pójść dalej, wyprzedzić ojca.  

A kiedy w 2007 roku George, pszczelarz z dziada pradziada staje w obliczu dramatu Colony Collapse Disorder - zespołu masowego ginięcia pszczoły miodnej – nie poddaje się. A później, w 2037, wydana zostaje książka Thomasa Savaga, syna Georga, który opisał ich nierówną walkę o uratowanie pszczół. I to właśnie „Ślepy pszczelarz“ w 2098 trafi w ręce Tao… 

Po lekturze „Historii pszczół“, gdy coś mi się nie udaje, a nie udaje się bardzo często, zastanawiam się, co by było ze światem w 2098, gdyby nie ci upadający, wątpiący ludzie, którym zdawało się, że nie spełnili oczekiwań, że polegli. I co, gdyby nie ci, którzy mieli odwagę mimo wszystko decydować inaczej, tacy, jak Charlotte czy Thomas, którzy wspięli się o stopień wyżej wsparci na historiach swoich rodziców.  

„Za każdym wielkim wynalazkiem stoją tuziny pokonanych osobników, którzy zbyt późno próbowali zaistnieć. I (George) Savage był jednym z nich. Toteż nie doczekał się ani bogactwa, ani honoru dla siebie i rodziny.“ Ale to właśnie na bazie jego pracy, uratowanej i dopełnionej przez Charllote, udoskonalanej poświęceniem wielu kolejnych pokoleń, wreszcie spisanej przez Thomasa, ktoś będzie się starał zbudować coś nowego i cennego.  


Moi Kochani!
Ponieważ uważam, że "Historia pszczół" to powieść, którą należy przeczytać, postanowiłam rozpisać konkurs. Moje zdanie na temat książki pewnie już znacie, ale przypominam na wszelki wielki, że TU znajdziecie link do tekstu.

A więc...
Po pierwsze KSIĄŻKA! Nowego domu poszukuję dla egzemplarza "Historii pszczół" zapakowanego pięknie przez Pocztę Książkową. Książka powędruje do tego, kto w komentarzu pod recenzją (TU) napisze, w taki sposób, że mnie poruszy, zachwyci lub rozbawi, jak jego zdaniem na co dzień możemy pomagać/(on lub ona) pomaga pszczołom. Czekam na Wasze komentarze do czwartku /4.08.2016/ do 23:59.   

***


Po drugie... słoiczek pysznego miodu z pasieki Skarby Warmii, którą prowadzi moja przyjaciółka wraz z rodziną trafi do tego, kto zamieści pod tym wpisem (w komentarzu) najciekawszy przepis na coś z wykorzystaniem miodu. To może być coś do jedzenia - ciasto, sos... a może jakaś magiczna receptura na kosmetyk domowy lub - sama nie wiem - zaskoczcie mnie! W każdym razie czekam na Wasze przepisy do czwartku /4.08.2016/ do 23:59. PS Miło mi będzie przeczytać również, dlaczego akurat ten przepis przytaczacie. 

***


I jest jeszcze jedna nagroda, pocztówka. Tę pocztówkę miodną, słodką, która mnie zauroczyła na Targach Książki w Warszawie (tam ją kupiłam) wyślę do kogoś, kto podzieli się ze mną swoim marzeniem z dzieciństwa. Spośród tych, którzy w komentarzu opiszą swoje marzenie, wybiorę czysto subiektywnie tego, do kogo zapragnę napisać. Czekam na Wasze komentarze z opisanymi marzeniami również do czwartku /4.08.2016/ do 23:59. 

Uwaga! Wyniki ogłoszę w niedzielę (7.08.2016) Na profilu FB/Pełen Zlew > Do przeczytania! 

No tak, to prawda - mamy trzy koty. I to była świadoma decyzja. Mówicie, co chcecie, my już kochamy. Nie odstanie się. 

A jak się stało? No cóż, ta opowieść ma swój początek wiele lat temu… Jeszcze nim poznałam Damiana, jeszcze nim zamieszkałam z nim w Kamienicy z Wieżyczką, pewnej nocy wybrałam się na spacer. I znalazłam czarnego. Niby jeszcze nie dorosły był z niego kocur, ale jednak też już nie kociaczek. Szwendał się po ulicy przestraszony, wychudzony. I jeszcze atakowały go dwa wielkie uliczne kocury. Żal było patrzeć. Ewidentnie sobie nie radził. Później szukałam jego właścicieli, bo stwierdziłam, że taki fajny kot musi mieć człowieka do kochania, ale to zupełnie inna, mniej radosna opowieść… W każdym razie zamieszkał u mnie. Raczej nie był towarzyski, bywał wręcz agresywny, ale mnie nigdy krzywdy nie zrobił. Uważam, że bał się po prostu, że znów go ktoś porzuci. Sąsiedzi wołali na niego Zdzisław. Ja też tak czasem mówię, ale czy jest to jego imię… trudno powiedzieć. Prawdę mówiąc, nim się pojawił, nawet nie chciałam mieć kota. A co dopiero dwóch… 

Ale biała właściwie znalazła mnie, a nie ja ją, więc to się chyba nie liczy do rachunku. Pewnego sobotniego poranka po prostu zaczęła  miauczeć przeraźliwie prawie pod moimi drzwiami (a że na dworze było jakieś – 50, a ja mieszkanie miałam na trzecim piętrze, to ani zostawić nie mogłam, ani nadziwić się, jak ona tam weszła, na to moje trzecie piętro przez drzwi z domofonem…  dopiero jakieś dwa tygodnie później poznałam jej historię). Kicia też już miała za sobą trochę przygód – taka, wiecie, kocica z przeszłością mi się trafiła. A ponieważ nie słyszy, zasypiała w nieracjonalnych miejscach, na przykład na płycie grzewczej, która piszczała okrutnie, a później cała w przestrachu przy najdrobniejszym ruchu powietrza zrywała się ze snu, że aż mnie serce drżało… no i darła się tak głośno, że mówiliśmy na nią „decybel“. 

Wiecie, ona jest moim spełnieniem wychowawczym, taka moją dumą małą, bo z przestraszonej istoty stała się panią na włościach i teraz nie tylko nie zrywa się z miaukiem na pyszczku, ale jeszcze trudno ją dobudzić! W każdym razie z imieniem kici też była draka, bo skoro nie słyszy, uznałam, że hipokryzją z mojej strony byłoby jej nadawać imię wyłącznie dla własnej uciechy, imię, którego brzmienia nigdy nawet nie pozna. A więc mówimy do niej na migi, a o niej mówię „biała“, „kicia“, „kocinka“.   

Muszę Wam przyznać, że nie było łatwo pogodzić te dwa charakterne stworzenia i bywały chwile, kiedy traciłam nadzieję, ale w końcu się udało. Może się nie kochają, jednak tolerują, a czasem zdarzy im się nawet położyć koło siebie i jedzą z jednej miski, ale zdecydowanie każde z nich chodzi własnymi drogami.  

Później pojawił się w moim życiu Damian. Gdy się okazało, że czarny nie nasikał mu do butów, wiedziałam od razu, że to będzie miłość na całe życie. Za jakiś czas do stada dołączyła Nefer. Nigdy nie planowałam psa – jestem typową kociarą – nasze początki nie były więc łatwe, ale teraz nie wyobrażam sobie, że Nefy mogłoby z nami nie być. I to tyle, stado pełne. Więcej nas już nie będzie. Ja mam swoje koty, Damian wymarzonego psa. Tak przynajmniej nam się zdawało.




Ale rozum swoje, a serce swoje. I oto jesteśmy o jednego kota dalej. Rude to, małe, psotne. Karmel ma na imię. No nie odmówicie mu uroku. Jak tu się nie zakochać… 




Na dodatek, w tym całym rozgardiaszu znalazła sobie niedawno kawałek podłogi pewna Wiosenna Czarownica, która postanowiła wakacje spędzić w Mchu, odwiedził nas też Pan Ziemniak


I zostawił po sobie nie tylko miłe wspomnienia, ale jeszcze ziemniakowe rysuneczki!





A nie dalej jak wczoraj kawę na pełnozlewowym balkonie piła Szufladopółka, a wieczorem kawę wypiłyśmy też w Mchu.


Innymi słowy Pełen Zlew się zaludnił, zakocił i zapsocił. A i sama się czasem czuję, jakby wypełniały mnie MikroElementyChaosu… 

Bo znów kupiłam książkę, którą już mam, tylko dlatego, że to Virginia Woolf, że wznowienie, że okładka taka piękna… Taki to już widać mój los, że sobie żyję ukryta w tym bałaganie, bo na szczęście są pewne rzeczy, które się nie zmieniają, a są takie, które każdego dnia wydają się zupełnie nowe. 


Bywa, że czuję się na balkonie naszego mieszkania, jak w Poświatowie, jak na tamtejszym nieczynnym dworcu. Zwłaszcza tuż przed 4:00 nad ranem, kiedy lipcowe powietrze ma w sobie tę słodką gęstość lata, ale wciąż daje się odczuć subtelną nutę czerwcowej nieśmiałości. 


Nasz balkon znajduje się na szczycie miasta – tak zwykłam mówić, odkąd tu zamieszkaliśmy. Mogę się na nim opalać nago albo sypiać w parne noce i nikt mnie nie zobaczy, choć jestem przecież w miejskim sercu. I kiedy tak błogo w promieniach ciepłego słońca, przychodzą mi na myśl Marta i Sara. W której z nich się odbijam trudno powiedzieć. Czy w którejś w ogóle? Bo jednak niepokoi myśl, że w żadnej. Podobno „niektóre kobiety zostają boginiami od razu, inne potrzebują czasu, a jeszcze inne zawsze będą tylko zapatrzonymi w bogów córkami śmiertelnych.“ 

Trudna sprawa tak pogodzić się z losem… Zwłaszcza, że podobno jestem otwarta, towarzyska i radosna. Czasem kreatywna. A przecież, jeśli sama miałabym o sobie opowiedzieć, raczej użyłabym antonimów tych określeń. A może po prostu jestem i taka i taka jednocześnie? 

Lubię ciszę. Taką ciszę wypełnioną odgłosami codzienności. I lubię w tej ciszy szukać swojego miejsca, lubię dorzucać do niej ledwie słyszalne brzmienie własnego głosu, więc czytam szeptem kiedy jestem sama i opowiadam sobie czasem historie, żeby o nich nie zapomnieć. Często też „kradnę słowa ludziom i chowam je w moich wnętrznościach, gdzie żyją nowym życiem, życiem zamkniętym i cichym, przepływa przez nie moja krew i moje płyny, wtłaczam słowa w moje wnętrzności, słowo po słowie, wróżę z wnętrzności za pomocą słów, bo czasem przeczucia i obrazy nie wystarczają.“

Od ponad 10 lat nie mam telewizora, mniej więcej od takiego samego czasu nie słucham radia. Gazety codzienne czytuję sporadycznie i to też tylko wtedy, gdy wiem, że znajdę w nich coś intrygującego literacko. Często, gdy z kimś rozmawiam, łapię się na myśli, że „żyjemy w innych słownikach, mówimy innymi językami, już nie patrzymy w siebie jak w lustro“. A przecież kiedyś byłam inna.


I zdaje mi się często, że mieszkam w jakimś zapętleniu czasu. Można powiedzieć, że żyję w zmyśleniu, błądząc nieświadoma między doniesieniami o aktualnej sytuacji politycznej, wydarzeniach w kraju i na świecie, w oderwaniu od tego, czym często oddychają na co dzień ważne przecież dla mnie osoby. Bo dla mnie już jakiś czas temu „(…) nadeszły zwyczajne, spokojne dni (…), dni, o których się nie opowiada, bo nie można dobrze opowiedzieć ich cichej, bezpiecznej łagodności. Przeżywając je, każdy chciałby zamknąć je w opowieści, ale to niemożliwe, bo takie dni są do życia, a nie do opowiadania. W takie dni niewiele się dzieje, słowa padają rzadko i nikomu to nie przeszkadza. W takie dni wszystko jest tak, jak być powinno, i dlatego te dni nie potrzebują opowieści.“ I jeśli ktoś by mnie spytał, to ten mój świat, ten balkon i ta cisza są dla mnie nie tylko realne, ale namacalne i pierwsze. 

Może dlatego wolę milczeć niż mówić. To wcale nie zawsze znaczy, że lubię słuchać. To w ogóle nie znaczy, że nie mam swojego zdania. To również nie znaczy, że milczę. Za to często szepczę, bo „szeptane słowa nie stykają się z rzeczywistością, bo ta jest na zewnątrz, a więc ustanawiają swój własny świat.“ 

Gdybym miała wybrać, którą ścieżką – Błażeja czy Mateusza - poszłabym, gdybym którąś pójść musiała, nie wiem, czy w ogóle ruszyłabym z miejsca. Bo prawda jest taka, że czasem obie są dla mnie kuszące – tak, tak właśnie czasem myślę, że chciałabym uciec albo zamilknąć i tylko słuchać, ewentualnie szeptać, tylko patrzeć, tylko wtapiać się w przestrzeń, nawet nie w tłum. I też czasem wróżę z wnętrzności swojej duszy, z jej trzewi skrytych za barwną fasadą roześmianej, odważnej dziewczyny, która ze wszystkim sobie poradzi. I czasem w rozdaniu wychodzą niepokojące karty. I czasem mam wrażenie, że „wszyscy nagle zastygli we własnych światach i pomiędzy tymi światami nie było żadnych przejść, żadnych spojrzeń i słów“.


„Wróżenie z wnętrzności“ czytałam w trudnej dla mnie chwili, ale też w chwili, w której najpełniej byłam w sobie, bo „dusze męczą się z różnych powodów i czasem wypoczynek pomaga, a czasem nie. Czasem jest tak, że ktoś uzna duszę wypoczętą za zmęczoną, i wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty.“ Może gdyby nie ten wyjątkowy moment, może gdyby nie trudne miesiące wcześniej, inaczej odebrałabym tę książkę, może umiałabym inaczej o niej napisać. Może skreśliłabym kilka zgrabnych słów na temat fabuły, dodała coś w stylu: jest to opowieść o braciach bliźniakach oraz ich tajemniczej historii, o milczeniu i odchodzeniu, o powrotach i prostych, co nie znaczy łatwych prawdach. Ta książka ma w sobie moim zdaniem ten rodzaj magii literackiej, który do każdego przemówi innym głosem. Sądzę, że „Wróżenie z wnętrzności“ to opowieść nie tyle o ucieczce, ile o wyborach i ich konsekwencjach. I może jeszcze o postrzeganiu, czy raczej dostrzeganiu. To nieśpieszna historia, która może oczarować, ale i przestraszyć, bo co jeśli i nam zamarzy się uciec… 

Ale dziś, gdy myślę o tej książce, widzę przed oczyma barwne obrazy i kołacze mi się w głowie ta prosta prawda, że „nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powiedziane, bo słowa są ważne i trzeba ich używać rozsądnie. (…) słowa zużywają się i kiedy zbyt często mówimy, to może ich zabraknąć na rzeczy naprawdę ważne”. 

Jeśli też czasem chcecie uciec, przeczytajcie. Jeśli nigdy nie mieliście ochoty, by uciekać, przeczytajcie. 

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Wita Szostaka "Wróżenie z wnętrzności".