U nas jest wiecznie pełen zlew. Nienawidzę zmywać i robię to tylko kiedy naprawdę muszę. Stąd się wzięła nazwa bloga. Taka to prosta historia. Za to lubię w kuchni brudzić, bo chociaż często o tym zapominam, uwielbiam gotować i piec, a gdy to robię, czuję się szczęśliwa. Kuchnia to dla mnie serce domu. Jest w niej ciepło i aromatycznie, no i blisko do lodówki. A nasza kuchnia była w porządku. Może nie jak z marzeń, ale niczego jej w sumie nie brakowało.

W planach remontu nie było. Właściwie nie było w planach żadnego remontu, nie tylko kuchni. Jakoś tak wszystko samo wyszło… Mieliśmy pomalować tylko jedną półkę. Ale skoro farba była otwarta, a pędzel mokry… nim się spostrzegliśmy, zaczęły przychodzić nam do głowy naprawdę dziwne pomysły. Pomalowaliśmy w kuchni wszystko, co dało się pomalować - każdą ścianę (chyba, że uznaliśmy, że lepiej rozkuć tynk... bo przecież czemu nie?), kredens, półki, krzesła, podmieniliśmy stół, upolowaliśmy dodatki, na które wcześniej bym pewnie nie zwróciła uwagi (jak na przykład wieszak na ścierki w kształcie głowy antylopy[?] gazeli[?] właściwie nie wiem...) i tym sposobem zamiast czytać po nocach, rozwalaliśmy ściany, malowaliśmy, ścieraliśmy, wyplataliśmy prawie trzymetrowe makramy. I choć nie posunęłam się przez ten czas w lekturze „Nocy i dnia“ ani o stroniczkę, to teraz mogę nadrabiać zaległości czytając w zupełnie nowej kuchni, choć w sumie wszystko w niej jest stare! A poza kuchnią mamy jeszcze dwa nowe regały na książki (plus dwa kolejne, które czekają jeszcze na swoją kolej), zupełnie odmieniony przedpokój i mnóstwo pomysłów na resztę pomieszczeń. I naprawdę nie wiem, jak to się stało!

W całym tym zamieszaniu najpiękniejsze było/jest to, że robiliśmy wszystko spontanicznie i dokładnie to, co nam się w danej chwili podobało, nie zważaliśmy, że gdzieś farba weszła pod taśmę (jak nie było taśmy, też było w porządku - kiedyś się przecież wyrówna), że pył unosił się w każdym pomieszczeniu, bo nie wpadliśmy na to, by zamknąć drzwi do sypialni czy rozwiesić folię ochronną. Zdobywaliśmy, czego potrzebowaliśmy na bieżąco - bez list, planowania i doboru tygodniami kolorów. Niektórzy mogliby to nazwać nieodpowiedzialnością, ale dla nas to było jak rytuał przejścia. Od tamtej chwili nasze mieszkanie jest naprawdę nasze. I jesteśmy z niego dumni! 

I wiele jeszcze chcemy zrobić (nawet w kuchni), więc pewnie co jakiś czas będę Wam opowiadała o naszych przygodach mieszkaniowych, a teraz już zapraszam Was do naszej nowej-starej kuchni! Koniecznie napiszcie, jak Wam się podoba!

Tak było (no wiem, marne te zdjęcia, ale nie wpadłam na to, żeby zrobić wersję "przed", a w tysiącach zdjęć na dysku wygrzebałam tylko te, na których coś więcej kuchniowego widać... w sumie, głównie koty):



A tak jest:




























U nas niby-remont. Wszystko wszędzie, a więc w normie. Na początku roku postanowiliśmy pozwolić naszym książkom dorosnąć i wyprowadzić się na swoje. Ileż można trzymać je w stosach pod ścianami, na parapetach i pod łóżkiem.

Jak na dobrych rodziców przystało, pomagamy im w zdobyciu nowego lokum i przeprowadzce.


Dwa regały już wykończone. My wykończeni chyba bardziej, bo z uwagi na tryb życia regały robimy po nocach. No i przecież wiadomo, że nie kupimy po prostu gotowych, jak normalni, rozsądni ludzie, tylko będziemy konstruować sami, a jeśli już kupimy, to w stanie surowym, żeby chociaż malować i woskować.
A tak na poważnie, to przed nami jeszcze trochę pracy, ale dużą frajdę sprawia nam majsterkowanie, więc kto wie, co jeszcze zmalujemy...



Ale... ja w sumie nie o tym.

#KONKURS



A o tym, że mam dla Was 5 kocich notesów z okazji zbliżającego się Światowego Dnia Kota! Notesy są od Wydawnictwa EMG, które już po raz czwarty organizuje "Dzień Kota w księgarniach" (więcej o wydarzeniu znajdziecie TU). Do obchodów przyłączyły się już takie oto miejsca:

Kraków 
1. Jedynka, ul. Stradomska 16
2. Massolit Books & Cafe ul. Felicjanek 4
3. Księgarnia Pod Globusem ul. Długa 1
4. Bookbook, ul. Krakowska 41
5. Księgarnia Muza II, ul. Królewska 47
6. Storm pl.Matejki - Sklep dla Plastyków nr 4. pl. Matejki 7
7. Storm - Sklep dla Plastyków nr 8. ul. Krakowska 7
8. Jak wam się podoba / Sklep z książkami w Krakowie ul. Stradomska 10
9. Galeria d'Art Naif, ul. Józefa 11

Wrocław 
1. Książnica pod arkadami, ul. Świdnicka 49
2. Tajne Komplety. Prawdziwa księgarnia, a nie sklep z książkami. Przejście Garncarskie 2
3. Księgarnia Hiszpańska Wrocław La Librería Española de Wrocław ul. Szajnochy 5

Warszawa 
1. Kawiarnia-Księgarnia Radio Telewizja ul. Andersa 29
2. Księgarnia Bagatela na Pięterku ul. Bagatela 14
3. Sklep Podróżnika ul. Kaliska 8/10

Poznań 
1. Skład Kulturalny ul. Szamarzewskiego 4/6 

A ja mam dla Was z tej okazji, jak wspomniałam, 5 kocich notesów! I chętnie je rozdam! 
Napiszcie mi tylko proszę, jaki jest Wasz ulubiony koci bohater (książkowy lub filmowy) i dlaczego właśnie on. Czekam na Wasze komentarze tu i na FB [KLIK] od teraz do 16.02 /sobota/ do północy. 

Autorów 5 najciekawszych moim zdaniem wypowiedzi nagrodzę notesem. I coś jeszcze dorzucę oczywiście, wiadomo, od serca! 

Do dzieła!


Wstałam z myślą, że chcę coś do Was napisać, choć nie do końca wiedziałam, co konkretnie. Chyba po prostu, że jestem. Że czuję, jak mija czas. Że fascynuje mnie, jak na przestrzeni lat ważne, staje się nie ważne, a nieważne, ważne. Że zmienia się wszystko, a jednocześnie nic się nie zmienia. I że to zupełnie niewiążące, ile mam wpisane w dowodzie. 
Nie wierzycie? A zamknijcie oczy i szybko odpowiedzcie – ile macie lat? 
Bo ja czasami naście, innego dnia dwadziścia parę, a bywa wcale nie rzadko, że i gdzieś w okolicach steki. Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło być we właściwym wieku. A może raczej stale mam tyle lat, ile powinnam? Trudno powiedzieć i na co dzień zupełnie się nad tym nie zastanawiam. Ale urodziny to dla mnie ważny dzień. 

Odkąd pamiętam, celebrowałam ich początek ukrywając się przed światem. Sam na sam ze sobą – taka była zasada. Ten moment, kiedy kończył się siedemnasty listopada i rozpoczynał osiemnasty, minuty przejścia, tuż po północy - to był mój czas. To jest mój czas, bo nadal tak robię. 

Uciekam gdzieś, gdzie mogę być sama. Staję przy oknie, siadam przy ogniu, wychodzę do toalety, udaję, że rozmawiam przez telefon… ukrywam się jak najdogodniej zależnie od miejsca, w którym ta chwila mnie zastaje. I przez minutę czy dwie po prostu jestem tylko i wyłącznie dla siebie. Myślę o roku, który minął, myślę, o tym, który mnie czeka i składam sobie w duchu, czasem szeptem, życzenia. Najszczersze, na jakie umiem się zdobyć. I zawsze mam wrażenie, że ta chwila trwa wieczność, a powietrze, które wtedy wdycham magazynuje się we mnie i starcza na rok. 

A później zaczyna się dzień, dzień, który staram sie wykorzystać jak najpełniej. Bo jest mój od początku do końca, został mi ofiarowany – tak sobie lubię o nim myśleć. 

Jasne, staram się, by każdy dzień był mój, ale jeśli chodzi na przykład o pisanie, a pisanie jest dla mnie ważne, to prawda jest taka, że często nie mam w sobie tyle odwagi, wystarczającej determinacji, wielu innych cech i umiejętności, których nauka trwa ogromnie długo, by obronić własny świat na zewnątrz i bywa, ze czasem niknę, zupełnie się nie słyszę, rezygnuję.  

Nawet dziś mogłabym zrezygnować. Na przykłąd z napisania do Was tego wszystkiego, choć to przecież „tylko post na blogu“. Kiedy doszłabym do tego momentu, postanowiłabym przeczytać, co napisałam i chwilę później rozpoczęłaby się gonitwa myśli, że zbyt osobiste, może nie wypada, że bez sensu, pewnie tylko ja rozumiem ten bełkot, że tego się nawet dobrze nie czyta, że nie zasługuję, by mnie czytano, że nie wiem nawet, gdzie powinien stać przecinek tak na pewno, że… I byłoby całkiem realne ryzyko, że nim bym te myśli uciszyła – a uczę się już od jakiegoś czasu jak poskromić tego potwora - zamiast nacisnąć „publikuj“ zrobiłabym użytek z klawisza „Delite“. Bo brzmi w mojej głowie od najmłodszych lat powtarzane, wyryte niczym w kamieniu „jak masz robić coś byle jak, to lepiej, żebyś nie robiła tego wcale“. A więc odkąd pamiętam próbowałam każdego dnia coś zrobić, ale nie było to idealnie, a więc było byle jakie, a więc lepiej, bym nie robiłam tego wcale. 

I choć latami próbowałam, nie udało mi się wymazać napisu w kamieniu. Znalazłam więc inny spośób – teraz ze wszystkich sił pracuję nad tym, by pojawił się tam ciąg dalszy: …a więc zaczynam od nowa, zbieram w sobie odwagę i deceniam rezultaty, nawet jak są byle jakie.

Zmierzam chyba do tego, że jesteście moim prezentem nie tylko urodzinowym, że każde słówko do Was to dla mnie niesamowita wygrana i ogromnie Wam dziękuję za to, że mimo mojego wiecznego tu nie bycia, stałych obietnic poprawy i kolejnych przestojów, jesteście. 

"- Czy jest Kto pocieszy Macipka?
Wcale nie liczyliśmy na odpowiedź twierdzącą. Gdyby Maciupek pojawił się rano, natychmiast zostałby sprzedany. Zniknąłby z półki, zanim my zdążylibyśmy wyjść z poradni (w przypadku matki) czy szkoły.

Dlaczego więc tygodniami stawaliśmy przed ladą, powtarzając naszą kwestie? Otóż prowadziliśmy długofalowy program zmiękczania sprzedawczyni. Musieliśmy ją przekonać, że nam zależy. Że pragniemy Maciupka mocniej niż ktokolwiek w dzielnicy. Zasługujemy na niego bardziej niż gapowaty siostrzeniec koleżanki z mięsnego, nawet gdyby Maciupek miał zostać wymieniony na pewną ilość parówek czy woł-cielu. I na pewno bardziej niż cholerni emeryci, którzy szwędają się rankami i wykupują atrakcyjne nowości wydawnicze.

(...) Zagrażali nam nawet konwojenci z Domu Książki. Rankami rozwozili nowości i oczywiście kradli na potęgę.

(...) Do mnie należało wzruszanie ekspedientki, podczas gdy matka zawiązywała z nią rodzaj konspiracji.

Wszystko w jednym celu.

Któregoś dnia przywiozą wreszcie Maciupka. Wtedy ekspedientka przypomni sobie naszą wytrwałość. Pomyśli: Dobrze, już dobrze, tyle się naczekali, i odłoży jeden  egzemplarz pod ladę. Ryzykując zemstę kolejki, konsekwencje służbowe, zesłanie na Sybir. Zrobi to dla nas. Dla tego sympatycznego chłopca i jego ciemnowłosej matki.

(...) Przełom nastąpił w listopadzie. Stanąłem przed ladą, ale zanim otworzyłem usta, ekspedientka rzuciła:
- Nie, dziś nikt nie pocieszy Maciupka.
Uznaliśmy z matką, że to dobry znak. Ekspedientka okazała, że nas pamięta. Zażartowała. Zdecydowanie byliśmy na właściwej drodze. Byle teraz nie zwątpić. Byle nie stracić cierpliwości.

Zaczęły się przymrozki. Popołudniową trasę przemierzaliśmy wśród ciemności. Po drodze deptałem zmrożone liście i cienki lód na kałużach.

Wreszcie przyszedł ten dzień.
- Czyjestktopocieszymaciupka? - spytałem rutynowo.
- Było wczoraj - odparła pani księgarka. I żaden muskuł nie drgnął na jej twarzy.
To był cios. Nawet nie z powodu Tove Jansson. Nie z powodu zdrady. Poczułem, że jeszcze chwila i zrozumiem coś ważnego na temat świata, sprawiedliwości i obietnic. Grunt zaczął usuwać spod nóg, może po raz pierwszy poczułem tę pustkę - i zareagowałem w jedyny możliwy sposób. Pobiegłem do matki.
- Nie ma! - wrzasnąłem. - Był wczoraj.
- Mhm - przytaknęła niewzruszona. - Chodźmy.
- Dokąd?
- Po Maciupka - odparła moja matka.
- Był wczoraj - powtórzyłem tępo.
- Wczoraj była niedziela - przypomniała matka i weszła do księgarni."

 /Powyższy fragment pochodzi z książki "Rzeczy, których nie wyrzuciłem" (Marcin Wiecha)/


A dziś możesz po prostu kupić "Kto pocieszy Maciupka?". Bez wydreptywania ścieżek miesiącami. Bez obciążenia sumienia potencjalną szkodą pani księgarki. Nie strać tej szansy! Maciupek zasługuje na to, by go pocieszyć.

Ale nie, nie opowiem, nic a nic! Po prostu przeczytaj tę książkę.  

I tylko dodam na koniec, że gdybym miała stać po nią w najdłuższej kolejce świata, wydać ostatni grosz, chodzić miesiącami w słońcu i mrozie do księgarni, dzień w dzień i pytać "Czyjestktopocieszymaciupka?" – zrobiłabym to dla niej. Bez zastanowienia. 


Jestem nią oczarowana. 

To króciutka opowieść nienarzucająca się ze swoją mądrością, swojska, a przy tym urokliwa i kryje w sobie tak wiele tego, co ważne, co pewnie wszyscy wiemy, a o czym może za często zapominamy. I to wszystko, co ważne, opowiedziane jest leciutko, jakby przy okazji. I nim się obejrzysz, już się uśmiechasz.  

Odkąd ją przeczytałam po raz pierwszy, czytuję codziennie na "dobrą noc", żeby ukołysać do snu moje wewnętrzne dziecko, bo w niej znalazło nową przystań. 

Jeśli masz dzieci – kup tę książkę im. Jeśli nie masz, kup sobie. I czytaj na głos, kiedy Ci smutno. A jeśli komuś, kogo kochasz smutno, przeczytaj ją jemu. Przez telefon, przez skype'a, twarzą w twarz. Jak wolisz, jak możesz.  

Po prostu pociesz Maciupka. I pozwól, by on pocieszył Ciebie.